W notatce zamieszczonej pod teledyskiem Sarsy do trzeciego i jak na razie ostatniego singla – „Tęskno Mi” z płyty „Zakryj” można przeczytać następujące słowa: „Produkcje muzyczne i styl Sarsy wciąż wyróżniają się na tle innych artystów na rynku polskim. Sarsa jako autorka tekstu i kompozytorka, a także producent kreatywny albumu, konsekwentnie pozycjonuje swoją twórczość w obrębie szlachetnego popu.”. Serio?
A no tak proszę państwa. Sarsa to jeden z nielicznych reprezentantów szeroko rozumianego gatunku pop w polskim przemyśle muzycznym, który może pochwalić się wysoką jakością prezentowanego materiału. Co najważniejsze – nie stoi w miejscu i wciąż szuka inspiracji we wszystkim co chodzi i żyje. W tej erze zdaje się, że największe natchnienie dało jej życie prywatne, ponieważ z tekstów wynika jasno – to najbardziej osobiste i emocjonalne wydawnictwo w dyskografii artystki.
Mówi się, że zmiana fryzury w życiu kobiety oznacza nowy etap w życiu. Sarsa przy pierwszych krokach promocyjnych trzeciego albumu przefarbowała włosy, rozczesała lub zmodifykowała charakterystyczne rogi. W ten sposób też obnażyła się w liryce. Artystka znów zaszyfrowała główny przekaz wśród gęstych metafor, które słuchacz sam musi odczytać. Niektóre utwory przynoszą za sobą skrajne emocje. Z jednej strony można odczuwać radość – z drugiej smutek, są elastyczne – interpretacja może zmienić się w zależności od towarzyszącego nam nastroju. I jak dwa lata temu, za sprawą Pióropuszy Sarsa przeprowadzała słuchaczy przez meandry różnorakich gatunków muzycznych, tak teraz na Zakryj – szarga emocjami słuchacza. Raz popadasz w nostalgię przy Tęskno Mi i Nienaiwne – zastanawiając się nad niewykorzystanymi szansami, a zaraz masz ochotę szaleć i tańczyć do utraty tchu przy beztroskiej Tej Piosence.
Pomimo że piosenki są osobiste, trochę taki miłosny pamiętniczek dorosłej dziewczyny, która spisuje swoje myśli i uczucia na kartki, które szczętnie chowa pod łóżko, to są przełożone na tyle, że słuchając tego czujesz się jak: „Dokładnie! Ta piosenka w tak piękny sposób opisuje mój aktualny stan”.
Dziś po średnio ustatkowanym Zapomnij Mi i skrajnie eklektycznych, barwnych Pióropuszach, Sarsa trochę się uspokoiła. Na płycie Zakryj nie eksperymentuje w takim stopniu, jak na poprzedniku, ale też nie zamyka się w ściśle określonych ramach gatunku pop. Artystka po części kontynuuje modę rozpoczętą przez Motyle i Ćmy – przepełnione instrumentami żywymi – z wyraźnie zaznaczonymi partiami smyczkowymi. W takim klimacie zostały utrzymane dwa pierwsze single: Zakryj i Carmen oraz Nienaiwne. Odskocznią od bardziej melancholijnych i nastrojowych piosenek są te żywsze: fajnie poprowadzona rytmika gitary elektrycznej w Modlitwie i dobre wykorzystanie jej starszej siostry – gitary klasycznej w Gotowy. Mogłoby się wydawać, że to takie bezpłciowe pioseneczki do radia. Ale nie. Sarsa ponownie uciera nosa, wprowadza swoją nutkę osobowości, charyzmę, wokalizę i manierę, wrzuca garść chórków i kombinuje na płaszczyźnie produkcyjnej, uszlachetniając te utwory. Artystka dodaje tylko jeden efekciarski zabieg w refrenie, który działa cuda – prawdziwa wizjonerka. Nieszablonowym schematem potraktowano Balony – przepakowane do granic możliwości, zaskakujące z każdą sekundą. Zaczyna się od patetycznych chórów sakralnych, do których po chwili dołącza Sarsa. Refren przechodzi w lekki pop z delikatnymi muśnięciami elektroniki. Później dochodzą kolejne elementy. Ona wie jak budować atmosferę. Uwielbiam ją za to. Dwanaście nut w przypadku Marty Markiewicz ponownie nabrało nowych barw i kształtów.
W produkcje włożono mnóstwo serca, czasu i cierpliwości. W album i każdy poszczególny utwór Sarsa tchnęła cząstkę swojej duszy. Uderza też szczerością i prawdą, o której śpiewa w Tej Piosence: „Już atrament słów wylewam, kropki, kreski z moich ust, całą prawdę mówić trzeba, całą prawdę”. Nie tego spodziewałem się po Zakryj. Artystka jest na tyle dynamiczna i tajemnicza, że nigdy nie wiadomo jaki kierunek obierze przy tworzeniu kolejnego wydawnictwa. Dziś ponownie uszlachetniła polski pop.

