Nie minął nawet rok, odkąd szturmem pobiła polskie listy przebojów kawałkami ze swojej debiutanckiej płyty. Wcześniej jako królowa dram, dziś po prostu – Irenka – bo tak na drugie imię ma sanah, która właśnie powraca z drugim albumem studyjnym.
Artystka nie kazała na siebie długo czekać. Lawina popularności ruszyła w zeszłym roku i nie zatrzymuje się po dziś dzień. Jedynie nabiera na intensywności, bo każdy kolejny singiel oblewa się diamentem lub platyną (i to nawet potrójną!). Przy okazji zdobyła też kilka nominacji do Fryderyków oraz nagród na KFPP w Opolu. Czy można wymarzyć sobie lepszy początek kariery? Pokochali ją nie tylko krytycy, ale też polscy i zagraniczni słuchacze. Dlatego też sanah nie ma czasu na wytchnienie – dzięki swojej ciężkiej pracy wykupiła trochę więcej niż tylko pięć minut sławy. Kilka miesięcy po premierze Królowej dram wydała EP-kę BUJDA, a zupełnie niespodziewanie wyszedł jej drugi album. Wcześniej też nie przestawała wypuszczać coraz to nowych singli oraz przygotowywała się do nadchodzącej trasy koncertowej.
Dla fanów artystki to świetna wiadomość. Jednak dla standardowego słuchacza może to powodować niemały przesyt tym, co ma do zaoferowania artystka. Od początku 2020 roku nieustannie wydaje kolejne piosenki, które to później składają się na całe wydawnictwa. Nie dostaliśmy chwili przerwy na to, by zatęsknić za sanah i z niecierpliwością wyczekiwać jej powrotu na scenę, z której przecież wcale nie zeszła. Sam lubię jej muzykę oraz sposób tworzenia, lecz przy trzecim projekcie w tak krótkim czasie również odczuwam lekki nadmiar tego, ile nowości wydaje piosenkarka. Z tego też powodu nie podchodzę już do nich z takim entuzjazmem, co więcej – wszystkie te ery zlewają mi się w jedną.
Już przy EP-ce BUJDA sanah zarzucano powtarzalność i brak innowacji. Jednak nie był to tak ważny projekt jak cała płyta, a poza tym została wydana kilka miesięcy po debiucie. Można było ją zatem traktować jako dodatek do pierwszego albumu i po prostu przedłużenie tej konwencji na jeszcze jakiś czas. Nowy rok przyniósł świeży singiel z Irenki, jakim było Ale jazz! Odniósł nieprawdopodobny sukces komercyjny i sam uważam, że jest jedną z lepszych pozycji na płycie. Dlaczego? Wokalistka odeszła od tej melancholijno-balladowej stylistyki przepełnionej tęsknotą i żalem. Gdyby cała płyta została w nowym, elektronicznym i wesołym klimacie, byłoby cudownie. Jednak – panuje na niej niezły chaos. Z jednej strony mamy właśnie takie kawałki, które (moim zdaniem) powinny definiować nową twarz sanah. Muzycznie wyglądają też takie utwory jak Warcaby, Co ja robię tutaj, albo choćby Kapela gra. Te cztery pozycje są pod tym względem zdecydowanie najsilniejszymi akcentami i widzę je jako kolejne single. Muszę jeszcze zwrócić waszą uwagę na tytułowy utwór – Irenka – który ma genialny instrumental. Sanah jest nie tylko uzdolnioną wokalistką, ale również cenioną skrzypaczką, i wykorzystała właśnie ten instrument, by przygrywał w tle. Nabiera mocy w refrenie i niesamowicie łączy się z jej głosem oraz tekstem o prawdziwym obliczu sławy. Skrzypce zwykle kojarzą się z balladami właśnie, lecz tu zagrały mocno, odważnie i z ogromną dozą emocji. Prawdziwa perła, przez którą jeszcze bardziej żałuję, że cała płyta nie wygląda właśnie tak.
Bo brakuje tej innowacji i zupełniej zmiany twarzy, której oczekujemy od artystów. Nawet przy tych nieudanych próbach przymykamy oko na to potknięcie, bo widzimy, że jednak próbują czegoś świeżego, co ma zaskoczyć słuchaczy. Królowa dram sprzedała się bardzo dobrze, więc sanah (chcąc lub nie) pozostała w swojej bezpiecznej strefie i zaprezentowała projekt bardzo podobny. Są piosenki trochę odbiegające od tamtej konwencji, lecz reszta pozostaje dokładanie taka sama i bez problemu mogłaby znaleźć się właśnie na poprzedniej płycie. Co więcej, zagadką jest dla mnie obecność BUJDY i No sory – które to przecież należą do jesiennej EP-ki. Nie zrozumcie mnie źle, reszta piosenek jak wars, etc, ten Stan są jak najbardziej dobre i słucha się ich przyjemnie, jednak oczekuję od sanah już trochę więcej niż od innych artystów. Pokazała wcześniej, że świetnie odnajduje się w każdym gatunku, ba, nawet na tej płycie to widać! Dlatego Irenka jest podzielona na pół – z jednej strony mamy trochę muzycznego szaleństwa i odejścia od dawnej formy, a z drugiej jednak pozostanie w bezpiecznej konwencji, która już wcześniej się przyjęła.
Nadal jest trochę łez, płaczków, miłostek, choć wydaje mi się, że teksty są nieco dojrzalsze niż wcześniej. Sanah pisze swoje piosenki sama, za co dostaje ogromnego plusa. Dzięki temu staje się prawdziwa i autentyczna. O ile wcześniej było trochę bardziej dramatycznie – w końcu chodzi o płytę Królowa dram – teraz mamy trochę więcej radości, a nawet krytyczną ocenę sławy. Bardzo mi się podoba, że przynajmniej lirycznie artystka nie stoi w miejscu. Im więcej pisze, tym lepsze stają się jej teksty. Wpadają w ucho i są dość złożone w swojej prostocie. Bo wokalistka używa zwykłych słów śpiewając o niezwykłych sprawach. A trzeba mieć ogromny talent, by brzmiało to dobrze.
Nie mniej jednak, uważam Irenkę za płytę poprawną, choć zabrakło mi w niej kluczowej rzeczy – innowacji. Dostałem kilka świeżych utworów, lecz reszta pozostaje zamknięta w ramach dawnej sanah, która powinna zostać w 2020 roku razem z Królową dram. Nie mogę jej odmówić pracowitości i ogromnej kreatywności, dzięki której w tak krótkim czasie wydała już swój drugi album. Z drugiej strony, gdyby poczekała trochę dłużej, być może cały album miałby inne oblicze? Słucha się go przyjemnie, lecz oczekiwałem czegoś więcej, bo wiem, że stać na to sanah. Mam nadzieję, że następnym razem uda jej się wyrwać z dawnej formy, bo ma w sobie ogromny potencjał – nie tylko muzyczny, ale też liryczny.

