Site icon All About Music

Sam Smith – The Thrill of It All (2017), recenzja Piotra Krajewskiego

Sam Smith - The Thrill Of It All

Swoim debiutem Sam Smith wywołał w świecie muzyki niemałą burzę. Chwalony za wyjątkowy wokal oraz bardzo emocjonalną twórczość doczekał się w wieku zaledwie 22 lat aż czterech prestiżowych nagród Grammy. Rok później zgarnął jeszcze statuetki Oscara i Złotego Globa, o których niektórzy muzycy marzą przez całą karierę. Jemu udało się osiągnąć to wszystko już na początku swojej drogi artystycznej. Teraz Brytyjczyk powraca z długo wyczekiwanym dziełem The Thrill of It All. Czy znów zachwyci krytyków muzycznych i słuchaczy na całym świecie?

Są tacy artyści, którzy swoją muzyką wywołują w odbiorcy niezliczone ilości trudnych, często bardzo głębokich emocji. Chwytają słuchacza za serce wokalem, subtelnością oraz szczerym tekstem. Sprawiają, że wpadasz w pewien kontemplacyjny trans i zaczynasz zastanawiać się nad wieloma aspektami swojego życia. Rozmyślasz, poddajesz się bliżej nieokreślonemu smutkowi, wpadasz w dziwną melancholię. Tak można właśnie scharakteryzować twórczość Sama Smitha, którą zaprezentował na debiutanckim dziele In The Lonely Hour.

25-letni artysta to jeden z najbardziej wyrazistych przedstawicieli tzw. białego soulu, który od wielu dekad jest niezwykle popularny na Wyspach. Gatunek ten, kiedyś wykonany tylko i wyłącznie przez czarnoskórych Amerykanów, jest obecnie jednym z najjaśniejszych punktów brytyjskiej sceny muzycznej.

Sam Smith potwierdza swoim drugim albumem, że pozostaje wierny właśnie takiej stylistyce. Ponownie łączy muzykę popową z soulem i r&b. Robi to jednak w nieco inny sposób niż na debiucie. Aranżacje są żywsze, bogatsze w dźwięki, a potężny głos, który artysta potrafi już świetnie kontrolować, został jeszcze bardziej wysunięty przed szereg. To właśnie ekspresja wokalna Brytyjczyka ma budować klimat The Thrill of It All.

Nowa płyta to dzieło pełne szczerości, delikatności i dramatyzmu. Osobisty charakter jest wyczuwalny już od pierwszych dźwięków. Wystarczy posłuchać singlowego Too Good at Goodbyes, przejmującego Burning, pięknie pulsującego oraz pełnego nadziei Say It First czy Midnight Train, które ma w sobie coś z legendarnego Creep Radiohead.

Sam to nadal ten sam wrażliwy facet, który zachwycił miliony osób kilka lat temu. Nie obawia się obnażyć i śpiewać o intymnych momentach. W tytułowym utworze wyznaje swoje błędy, Scars poświęca relacjom z rodzicami, a w folkowym Palace pokazuje prawdziwą duszę romantyka.

Pewne jest, że znajdzie się też część słuchaczy krytykujących nowy album. Znów ten falset, znów ta nieszczęśliwa miłość, znów ten żałobny klimat. Duża dawka smutku na jednej płycie może być zabiegiem dość ryzykownym, ale Smith potrafi rozsądnie z tego wybrnąć. Mimo że tym razem zrezygnował z elektronicznych beatów, nie brakuje na The Thrill of It All dźwiękowego urozmaicenia. Warto zatrzymać się przy przyjemnie kołyszącym i staromodnym One Last Song oraz nawiązującym nieco do muzyki Amy Winehouse Baby, You Make Me Crazy.

Brytyjczyk buduje swoją karierę w bardzo podobny sposób, co chociażby Adele. Bez zbędnych gierek, prowokującej warstwy lirycznej, dziwnych teledysków czy ekstrawaganckiej produkcji. Sam przychodzi do słuchaczy, żeby opowiedzieć swoją historię za pomocą oszczędnego akompaniamentu i potężnego wokalu. Znalazło się tu miejsce na rozważania na temat złamanego serca, życia po bolesnym rozstaniu, nadziei, emocjonalnej niepewności, ale także spraw jeszcze głębszych, związanych z własną akceptacją i religią.

Wykorzystanie na płycie orkiestry pełnej różnych instrumentów i chóru było zagraniem świetnym oraz wielce istotnym dla atmosfery całego wydawnictwa. Połączenie czystego wokalu artysty z porywającymi gospelowymi głosami nadało piosenkom potężnej mocy. Nic więc dziwnego, że lekko flirtujące z r&b Pray, klimatyczne Nothing Left For You czy absolutnie fenomenalne HIM błyszczą tak mocno. To właśnie ta ostatnia kompozycja jest prawdziwym momentem kulminacyjnym drugiego dzieła Brytyjczyka. W tym dramatycznym utworze Smith mierzy się z konfliktem pomiędzy własną orientacją seksualną a chrześcijańskim wychowaniem. Chwila eksplozji gospelowych wokali to bez wątpienia najlepszy punkt tego krążka.

The Thrill of It All to kawał dobrej muzyki. Sam Smith postanowił nie zmieniać tempa własnej twórczości. Tworzy melodie, do których przyzwyczaił miliony, ale robi to w dużo bardziej pewny i wyrafinowany sposób. Rozwija swoje muzyczne rzemiosło oraz udowadnia, że wcześniejsze zachwyty nad jego zdolnościami wokalnymi oraz kunsztem pisarskim nie były przesadzone. Ta płyta ma duszę, którą warto odkryć.

Exit mobile version