Bardzo wyczekiwałam tego albumu, żeby chociaż w tym podłym roku pocieszyć się nową muzyką. Doczekałam się, bo w miniony piątek premierę miał trzeci krążek Sama Smitha zatytułowany Love goes. Tylko czy spełnił moje oczekiwania?
Z Samem i jego falsetem przechodziłam już nawet taki etap zafiksowania, że właściwie mógłby mi zaśpiewać wersy książki telefonicznej, a ja bym się tym jarała. Jednak cieszę się, że nabrałam dystansu, bo teraz mogę ocenić najnowsze wydanie artysty bardziej zdroworozsądkowo.
Pierwszy album był o naiwnej miłości, którą chcemy zatrzymać za wszelką cenę, nawet kosztem własnej godności. Drugi był przesiąknięty bólem wielokrotnego odrzucenia. Love Goes to pogodzenie się z tym odrzuceniem, przepracowanie go (przechodząc od frustracji do spokoju) i odreagowanie.
Dlatego też ten krążek to w dużej mierze zbiór tanecznych kawałków, podczas słuchania których mamy się dobrze bawić. Ale niech was to nie zmyli, bo nadal Sam serwuje nam głęboką warstwę liryczną i udowadnia, że czuje się dobrze nie tylko w ckliwych balladach.
Płyta składa się z 17 utworów, z czego aż 8 Sam zaprezentował światu wcześniej. Mamy tutaj oficjalne single jak chociażby świetne Diamonds, które całkowicie zawładnęły moją playlistą i do czasu premiery krążka, zapętlałam je bardzo często. Jednak zacznijmy od początku.
Utworem otwierającym jest piosenka Young, która zaskoczyła mnie autotunem wykorzystanym w drugiej warstwie. Odrobinę mnie to zniechęciło na wstępie. Doceniam wykonanie acapella, doceniam tekst, który nie jest może i zbyt skomplikowany, ale jest niezaprzeczalnie szczery, jednak miałam taki moment zawahania. Drugie w kolejce, wspomniane już, Diamonds to przyjemność, po prostu. Następnie przychodzi kolej na Another one, w którym słyszymy na początku piękne pianino, ono następnie zmienia się w klubowy bit i tutaj mam niestety wrażenie, że gdyby nie tekst, który jest ironiczną zabawą słowem, raczej nie zapadłby mi w pamięci na dłużej.
Za dobre marketingowo zagranie można uznać pojawienie się kilku mniej lub bardziej znanych gości, ale jakoś obecność Burna Boy w My Oasis nie jest dla mnie niezbędna, szczególnie przez to, że czasami nawet nie rozumiem co śpiewa… Po drodze mamy jeszcze So Serious, które na potrzeby tej recenzji musiałam odpalić w Spotify jeszcze raz (pomimo kilkukrotnego przesłuchania albumu), żeby w ogóle przypomnieć sobie co to było. No cóż, nadal przechodzę obojętnie.
Dance (‘Till You Love Someone Else) to znów, kawałek w klimacie klubowym, jednak na szczęście, w przeciwieństwie do jego poprzednika, bardziej zapada w pamięć. W dobie zamkniętych barów i klubów chociaż na chwilę można się w wyobraźni przenieść na parkiet z kulą dyskotekową i drinkiem w dłoni.
Następnie doczekaliśmy się kolejnej ballady. For the lover that I lost została, tak jak wszystkie utwory na płycie (ogromny plus za to!), napisana z udziałem Smitha, jednak tak się złożyło, że została zaprezentowana Celine Dion (tak, tej Celine!) i ona również zaśpiewała ją na swoim ostatnim longplayu. Dlatego też Sam śmieje się, że właściwie teraz gra cover Celine.
Ten utwór namiastka Smitha, której może niektórym odbiorcom brakować. Jest otulająca, z pięknie wykorzystanym pianinem. Na płycie może nie robi aż tak spektakularnego wrażenia, jest po prostu dobra, ale wyobrażam sobie jak to będzie brzmiało na żywo. Usłyszeć ją w orkiestrowej aranżacji – marzenie. Za to z Breaking Hearts mam wrażenie, że już to gdzieś słyszałam – ale raczej nie w wydaniu Brytyjczyka – po prostu kojarzę gdzieś podobnym zabieg, który został wykorzystany w refrenie, ale nadal nie dotarłam do szufladki w mózgu, która by mi to wyjaśniła.
Moim absolutnym faworytem jest tytułowe Love Goes, w którym gościnnie pojawia się Labrinth – w chwili gdy włącza się sekcja dęta wraz ze skrzypcami, jestem zachwycona! To jest ten moment, kiedy jestem zupełnie nieobiektywna wobec talentu tego pana…
Mamy tutaj też, oprócz wspomnianych wcześniej, dwóch oficjalnych singli, aż 6 wcześniej zaprezentowanych kawałków, jak I’m Ready z Demi Lovato czy Dancing with a Stranger z Normani. Z tej części zdecydowanie moje serce od zawsze skrada To Die For.
Zdecydowanie część albumu w spokojnym klimacie ballad bardziej mi odpowiada, choć mam i z nią pewien problem. Zlewa mi się to w jedną całość, nie zawsze jestem w stanie zidentyfikować, który kawałek właśnie leci. Mam tutaj jakąś dużą dawkę powtarzalności, która do mnie nie przemawia i sprawia, że krążek jest dla mnie trochę nijaki. Przez to, że mamy tutaj dwa odmienne gatunki, przy którymś odsłuchaniu odczuwam brak spójności w tym wszystkim i chaos, jakby Sam chciał nam zaprezentować coś w czym próbuje się odnaleźć – nowy styl, w którym podobno czuje się bardzo dobrze – ale na ten moment, brzmi to jak eksperyment, w niektórych momentach niekoniecznie udany.
Pomimo aż 17 utworów, krążek nie przekracza nawet godziny, co uważam, za spory minus. Ostatecznie, wiem, że będę do Love Goes wracać, bardziej z miłości do Smitha, jednak niestety nie będzie to miało miejsca całościowo zbyt często, wybiórczo owszem, ale czy o to chodzi w longplayach, żeby zachwycać się tylko fragmentami?

