Artyści, którzy działają w muzycznym biznesie od wielu lat naturalnie są narażeni na twórczą stagnację. Sam Smith, którzy cieszą publiczność swoją muzyką już niemalże dekadę, raczej nie cierpią z powodu braku pomysłów czy spadku popularności. Choć Gloria to już czwarty studyjny album, nie da się ukryć, że wyznacza początek nowego etapu w ich karierze. Jednak czy to falstart, czy rzeczywiście podróż na nieznany dotąd ląd?
Muzyka Sam Smithów zwykle nie miała mi niczego szczególnego do zaoferowania. W moim mniemaniu rzewne ballady o niespełnionej miłości raczej utwierdzały heteronormatywną część słuchaczy w przekonaniu, że cierpienie osób LGBTQ+ jest nieuniknione. Jednak wraz z Love Goes oraz ujawnieniem ich jako osoby niebinarne, zaczęło się coś zmieniać. Gdy doszło do premiery Unholy wierzyłem, że to jest właśnie ta piosenka, która zredefiniuje ich dotychczasową karierę. No i tyle z tego wyczekiwania zostało, że Gloria rzeczywiście prowadzi Sam Smithów w nowym kierunku, ale nie takim, jakim bym się rzeczywiście spodziewał.
Gloria to jedenaście mniej lub bardziej interesujących piosenek, których tematyka obraca się wokół życia Sam Smithów, którzy stali się największymi niebinarnymi gwiazdami muzyki pop. Trochę o romansowaniu, trochę samoakceptacji i szczypta głupotek – dla jednych klasyka, dla mnie nic odkrywczego. Nie mam wątpliwości, że ich droga do poznania swojej tożsamości jest godna albumu o tytule Gloria oraz epickich melodii niczym ta w Unholy. Niemniej to co finalnie dostaliśmy, to po prostu za mało, żeby mówić o triumfalnym powrocie na scenę. Dodatkowo, album ten trwa nieco ponad trzydzieści minut, co dosłownie czyni ten album skromnym, żeby nie powiedzieć skąpym.
Pomimo mych wątpliwości, Gloria to nie jest dziełem w jakimkolwiek stopniu złym. To po prostu dobry album, który może rozczarować, bo nie oferuje przepychu i szaleństwa zapowiadanego przez jego wiodący singiel. W zamian dostajemy coś zdecydowanie lżejszego i przywodzącego na myśl rytmy idealnie na lato. Taneczne, ale nie do dzikich wygibasów. Przytulne, ale nie do „przytulanego” jak w podstawówce. Chciałbym więcej, ale może wraz z majową aurą spojrzę na ten krążek bardziej przychylnym okiem.
Gloria jest tak samo eklektyczna pod względem treści, jak i melodii. Choć w głównej mierze Sam Smith postawili na pop, mieszają go jednak z R&B, disco czy trapem. Na tym albumie nie znajdziecie klasycznych ballad, co mnie cieszy. Jakaś zmiana się dokonała i myślę, że na lepsze. Jeśli chodzi o teksty, Sam Smith piszą o swoich doświadczeniach w taki sposób, że mógłby napisać to ktokolwiek, kto ma za sobą podobne przejścia. Niemniej, to broń obosieczna, chyba, że nie liczy się dla ciebie kto to śpiewa, a co śpiewa. Wtedy brak cech znam obecności autora w swoich utworach jest najbardziej cechą pożądaną. Pod względem produkcji nie mogę mieć żadnych zastrzeżeń. Zresztą przy tak prostych piosenkach, trudno byłoby je realnie popsuć. Na nasze szczęście, to się nie stało.
Zanim przejdę do utworów godnych Waszej uwagi, powiem o tym zupełnie niewpisującym się do tej grupy. Mowa tu o Gimme z udziałem Koffee oraz Jessie Reyez, będącej flagowym przykładem piosenki, której refren jest tak monotonny, że powoduje u mnie ból głowy. By tego mało, zdaje się, że to miała być kolejna „odważna” piosenka Sam Smithów, jednak totalnie do nich nie pasuje. Nawet po kilkukrotnym przesłuchaniu nie jestem wstanie przypomnieć sobie choćby jednego fragmentu z ich udziałem, bo refren pochłonął całą energię tej piosenki.
Przejdźmy zatem do tego co dobre. Unholy – niesamowity przebój, zajebista melodia, wszystko się zgadza, szkoda, że trwa tylko dwie i pół minuty. Lose You i I’m Hot Here To Make Friends stanowią disco duet, który fajnie pobudzają całą atmosferę albumu i cieszą mnie swoją melodią. Love Me More oraz How To Cry tworzą kącik samoakceptacji, co na pewno fajne równoważy intensywność wcześniej wspomnianych trzech piosenek. Na docenienie zasługuje również Gloria, która powinna trwać o wiele dłużej, tak jak większość piosenek na tym albumie.
Gloria to dzieło, które miało ogromny potencjał na zostanie najlepszym albumem w karierze Sam Smithów. Mimo to, stanowi kawałek przyjemnej niezobowiązującej muzyki, przy której można spędzić parę przyjemnych chwil. Dzieło ni w pięć, ni w dziesięć – niby wszystko jest, ale czegoś jednak brakuje i wydaje mi się, że to po prostu jest czas.

