Ponoć muzykę zaczął pisać, kiedy tylko usłyszał Grace Jeffa Buckley’a. Miał wtedy raptem 16 lat ale z całą pewnością już wtedy był w pełni wyrobionym i świadomym odbiorcą olbrzymiego talentu Buckley’a. Co prawda o jego pierwszym albumie, Ry Cuming mało kto słyszał, EP-ka z 2013-ego roku zatytułowana po prostu Berlin błyskawicznie rozbudziła serca i apetyty odbiorców. Po trzech lat pracy nad krążkiem RY X, australijski wokalista, gitarzysta i tekściarz nareszcie powraca z krążkiem Dawn. Nie chcę spoilerować ale płyta jest jednym z tych wydawnictw, które można i nawet trzeba nazwać wielkim wydarzeniem w świecie muzyki. Dlaczego? Sprawdźcie!
Tytułowy utwór Dawn to instrumentalne, bardzo liryczne i smyczkowe wprowadzenie do muzycznego świata płyty, która tak naprawdę rusza w pełni dopiero wraz z Shortline. Utwór jest subtelnym i bardzo wyważonym połączeniem delikatnie pulsującego, zbliżonego w brzmieniu do organów tła i sięgającego wysokich rejestrów wokalu. Wdzięku i lekkości nabiera jednak wraz z rozwojem i pojawieniem się klawiszy. Kto z was śledził karierę Sii od samego początku od razu przypomni sobie w tym miejscu jej utwór Breath Me – wydaje się, że ścieżka klawiszy jest niemal bliźniacza, czego w żadnym wypadku nie należy traktować jako czegoś negatywnego! Hipnotyzujący!
Salt zdecydowanie odchodzi od klawiszy, na plan pierwszy wyprowadzając gitarę i wokal, który tutaj jest zarysowany znacznie bardziej, niż w Shortline. Melodia stopniowo wzrasta na pięciolinii, z czym łączy się również wzrost natężenia dźwięku. Mimo, że część z Was mogłaby się spodziewać gwałtownego muzycznego wybuchu (tak można by mniemać po nieustannym, choć nieznacznym wzrastaniu wszystkich elementów kawałka), żadna eksplozja nie następuje. Artysta zadbał o to, by utwór nieustannie krążył wokół kilku bliskich sobie tonów, opadając, to znów wznosząc się ale nigdy nie wystrzeliwując gwałtownie w żadną ze stron.
Howling otwiera ścieżka gitary, której błyskawicznie zaczyna wtórować głos. W odróżnieniu od molowej, melancholijnej melodyki swoich poprzedników Howling ma coś z letniego, słonecznego i leniwego poranka – nic nie jest tutaj wymuszone, żaden dźwięk nigdzie nie gna, żaden nie stara się wbić nas w posępną, molową atmosferę. To taka niewyraźna słoneczna smuga, sącząca się przez zasłony. Podobnie rzecz wygląda w wypadku Only, choć tutaj tonacja zdecydowanie opada a całość kojarzy mi się z letnim wieczorem, o którym wiemy tylko tyle, że coś nam uleciało.
Berlin podtrzymuje melancholijną, wieczorną stylistykę Only. Utwór to liryczny subtelnie zarysowanego, niemal szeptanego wokalu z jeszcze bardziej odsuniętą z pierwszej linii gitarą. Smaczku całości dodaje pojawiające się co pewien czas ciche nucenie, powtarzane niczym rozmyte echo, tego co przed chwilą zostało zaśpiewane. Ujmujący i wdzięczny, jak ostatnie letnie pocałunki. Bardzo podobnie brzmi Sweat.
Jeśli już jesteśmy w metaforyce wakacyjnych miłostek i rozstań, to Beacon na pewno jest tym porankiem, który następuje po wszystkich ostatnich pocałunkach na plaży. Budzisz samotny, nieco zagubiony a jednak przepełniony czymś dziwnie słodkim – ni to radosnym, ni to smutnym. Właśnie taka jest ta kompozycja – pełna tęsknoty, liryczna, lekka ale jednocześnie melancholijna w sposób, który zrozumieją tylko ci, którzy pamiętają jeszcze te stare, niewinne czasy, w których nawet najgorszy dzień był pełen nadziei. Magia!
Deliverence to kolejna, pełna melancholii. Opowieść. Subtelne drżenie klawiszy i towarzyszący mu wokal, które otwierają utwór bardzo szybko wznoszą się zarówno na pięciolinii jak i pod względem natężenia dźwięku, by eksplodować w refrenie. W drugiej części kompozycji klawisze zostają zastąpione syntezatorami, przy zachowaniu tej samej melodyki, co tworzy bardzo ciekawy, patchworkowy ale harmonijny dzięki podobieństwu dźwięków efekt.
Haste z kolei już od pierwszych taktów pulsuje klubowym, początkowo niemal niezauważalnym ale z każdym kolejnym dźwiękiem coraz mocniej akcentowanym rytmem, który ostatecznie opanuje utwór i gwałtownie wbije go w szybki, opalizujący echami i mnogością efektów rytm. Świetny numer! Hold Me Love podtrzymuje stylistykę swojego poprzednika, z tą różnicę, że tutaj wszystko dzieje się znacznie wolniej, żaden dźwięk się nie rozpędza, wokal spokojnie kołysze się nad dźwiękiem. Dzięki temu, że główny filar melodyczny uległ zapętleniu, mamy wrażenie, jakbyśmy na chwilę zatrzymali się w czasie i w tej właśnie melodii. Hipnotyzująco.
Zupełnym zaskoczeniem było dla mnie Lean. Utwór otwierają niepokojące, pełne złowróżbnego pulsowania dźwięki gitary, którym kroku dotrzymuje wokal. Dzięki podkręceniu częstotliwości i operowaniu dźwiękami leżącymi bardzo blisko siebie oraz półtonami utwór nabiera gęstości. W refrenach natomiast owo pulsowanie zostaje nieoczekiwanie przerwane, zaś wokal rozlewa się nad taktami, obejmując poszczególną artykulacją kilka kolejnych przejść. Przejścia te nie są już jednak ostre, lecz rozmywają się pod tłumionym dźwiękiem syntezatorów, co nadaje kawałkowi pewnej widmowości – wcale nie mniej niepokojącej, niż gitarowe intro. Każde kolejne powtórzenie tego układu wydaje się podobne, lecz kiedy wsłuchamy się bliżej okaże się, że każdy z elementów został zastąpiony innym a jednym elementem wspólnym jest melodia co tworzy wrażenie swego rodzaju zamknięcia się dźwięku, z którego nie sposób się uwolnić. Coś absolutnie obezwładniającego!
Cóż mogę powiedzieć? Album jest po prostu hipnotyzujący! Od pierwszego dźwięku, po ostatni stanowi świadomą siebie i dopracowaną całość. Nie ma tutaj miejsca na poszukiwanie, niepewność, błądzenie w meandrach dźwięku – RY X doskonale wie co i jak chce powiedzieć i muszę przyznać, ze to jeden z najlepszych i z całą pewnością najbardziej czytelnych przekazów, jakie się ukazały… nie, nie tylko w tym ale w wielu ostatnich latach! Brawo dla tego pana!

