Site icon All About Music

Rudimental – We The Generation (2015), recenzja Beaty Prętnickiej

Nie ukrywajmy faktu, że Rudimental w 2013 roku zaskoczył nas debiutanckim Home. Wydawnictwo to natychmiast podbiło serca słuchaczy, zwłaszcza brytyjskich. Nie ukrywam, że bliżej ten zespół zaczęłam poznawać gdy ten zaprezentował się na jednym z tegorocznych festiwali. Wzbudził moją ciekawość, wypełniając setlistę „pół na pół”, czyli połowa piosenek z Home oraz połowa z We The Generation. Po odsłuchu najnowszej propozycji mogę powiedzieć, że jestem rozczarowana. Nie w tym sensie, o którym myślicie.

Przede wszystkim dlatego, że jest to krążek o wiele lepszy, a co za tym idzie, bardziej dopracowany.

Zbyt często zdarza się, że po bardzo entuzjastycznie przyjętym debiucie następny album jest po prostu gniotem. Albo dostajemy to, co już słyszeliśmy. W przypadku Rudimentalu jest tak, że co prawda konsekwentnie dążą w rytmie drum’n’bassu, ale robią to w tak kreatywny sposób, że nie można oderwać uszu od słuchawek. Przyznam szczerze: jeszcze kilka miesięcy temu wiedziałam tylko tyle, że ta czwórka Brytyjczyków wylansowała z Ellą Eyre Waiting All Night oraz Feel The Love nagrany z Johnem Newmanem, przy okazji jednej z reklam telewizyjnych.

Wszystko zmieniło się podczas jednego z licznych festiwali, kiedy miałam okazję zobaczyć zespół w swoim koncertowym żywiole. Wszystko co wtedy zobaczyłam, mogłabym określić jednym słowem: miazga! Rudimental zrobił na mnie ogromnie wrażenie. Tym bardziej czekałam na nową płytę. I jak jest?

Zapewne nie będziecie zaskoczeni, jeśli powiem, że bardzo dobrze. W stosunku do Home jest to bardziej dynamiczna i żywiołowa płyta, będąca wprost wstrząśniętym, lecz nie zmieszanym wulkanem energii. Mamy dość bogatą listę gości, a każdy z nich wnosi coś niezwykłego do dzieła nazwanego w końcu We The Generation. Utwory zawarte na płycie są bardzo różne, stąd też u odbiorcy mogą wywoływać skrajne odczucia. A z niektórymi jest jeszcze tak, że po prostu trzeba się z nimi oswoić. Na przykład z kompozycją, gdzie gościnnie występuje wspólny mianownik obu wydawnictw, czyli MNEK. Common Emotion chwilami brzmi jak Want To Want Me (tak, ma w sobie ten pierwiastek irytacji) w klimatach lat dziewięćdziesiątych. To, co paradoksalnie brzmi jako wada, jest jednocześnie zaletą – przy wyborze kawałka na nowy singiel promujący wydawnictwo, gdyż tą rolę odgrywałby znakomicie. Kolejnym utworem potwierdzającym tezę jest nagrany z Edem Sheeranem Lay It All On Me. Jest wręcz znakomity, z hipnotyzującym refrenem… lecz do końca „na dzień dobry” nikogo nie przekonał. Być może dlatego, że twórca dwóch hitowych płyt + i x prezentuje się w trochę odmiennej stylistyce i problem polega na tym, że ciężko jest się przestawić. O ile artyści nie mają problemów z tym, by eksperymentować, próbować nowych rzeczy ze swoją muzyką, o tyle już odbiorcy tak…

Są też kawałki, które kompletnie do mnie nie przemawiają. Doskonałym przykładem są Never Let You Go, nagrany z Vance’m Joy’em (tak tego, od słynnego Riptide, którego tytuł zawsze przekręcamy ;) ). Powiedziałabym, że przez umieszczenie tego numeru na płycie zrobili dwa kroki do tyłu. Cały czas powtarzane te same frazy, zmiksowanych parę dźwięków… dla mnie to po prostu koszmar. Nie mówiąc już o tytułowym We The Generation. Zapewne miało to być coś… afrykańskiego (?), a zarazem innowacyjnego. Sprawia wrażenie najbardziej niedopracowanej kompozycji na albumie. A przecież można było to zrobić lepiej…

Przy tamtym Love Ain’t Just A Word jest starszą siostrzyczką. Mamy trochę soulu Anne-Marie zmieszanego z charakterystycznymi „bęckami” od panów z Rudimental. Jej głos, który słyszymy jeszcze w paru propozycjach, tu jednak wypada najlepiej. Idąc tym tropem, wymienię jeszcze parę rarytasów. Jednym z nich jest na pewno Needn’t Speak. Lienne La Havas zdecydowanie nadała niepowtarzalny klimat całej propozycji. Właśnie ten perfekcjonizm sprawił, że akurat do tej piosenki wracam myślami jak najczęściej. Wcale nie jest mi szkoda każdych 5 minut spędzonych z tym utworem. Kolejnym zaskoczeniem jest ostatni track z krążka, czyli nagrany z nieżyjącą już legendą rhythmandbluesową, Bobby’m Womackiem. Sądzę, że New Day jest odpowiednim sposobem na złożenie hołdu artyście.




Rzecz jasna, na We The Generation znajduje się bardzo dużo tzw. bangerów, które tylko czekają, by trysnąć energią i zarazić nią odbiorców. Szanse na to mają kawałki I Will For Love, Rumour Mill, Too Cool czy All That Love. Rozniosą one każdą domówkę i klubowe imprezy – co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Do zacisza domowego, do spokojnego delektowania się każdym dźwiękiem (prócz wymienionych w poprzedniej partii tekstu), nadają się doskonale Go Far (z głosem uwielbianego przeze mnie brytyjskiego trębacza, Willa Hearda), Foreign World oraz Bloodstream.

Podsumowując, We The Generation nie jest raczej dla wymagających odbiorców, aczkolwiek również i on znajdzie tam co najmniej jeden bądź dwa utwory, które przypadną mu do gustu. Przy tym krążku mamy się przede wszystkim doskonale bawić i właśnie ta idea przyświecała panom z Rudimental, tworząc ten album. Aczkolwiek sposób, w jaki oni to robią zasługuje na pochwałę – potrafią zainteresować. Nie to co Pitbull, który robi byle co, ze samymi sławnymi artystami byle zrobić jak najwięcej, najlepiej wydawać nowe single co tydzień, tracąc w ten sposób na wartości, a przede wszystkim – na jakości. Brytyjczycy, pomijając parę wpadek zrobili kawał naprawdę dobrej roboty.

Exit mobile version