Dla tych których dzieci nie usłyszą jak to było zobaczyć Pink Floyd na żywo. Kilka dni, tygodni (nieistotne), obiecałem wam relację z koncertu Rogera Watersa. Mój felieton na ten temat zakończyłem cytatem z New York Times The best arena show ever. Period. Kończąc tą frazą naprawdę nie rozumiałem jakim prawem tak znane pismo powiedziało tak mało, o tak wielkim widowisku. Minęło parę godzin odkąd zabrzmiała ostatnia nuta na Stadionie Narodowym i wszystko stało się jasne.
Postaram się opisać to co przeżyłem najlepiej jak umiem, jednak będzie to jeden z najtrudniejszych tekstów z jakim przyszło mi się zmierzyć. Definicja Syzyfowych prac. Nieważne jak dokładnie opiszę ten koncert i tak czytając mój własny tekst chwilę po zakończeniu zdam sobie sprawę z tego, że jest to tylko mała, przerażająco mała część całego przekazu Rogera Watersa.
Zacznę od początku. Dotarłem na stadion punktualnie o 17:30. Wszedłem do środka. Moim oczom ukazał się wielki biały mur z wyrwą na środku. Cała konstrukcja miała wysokość równej pięciopiętrowemu blokowi o długości około 75 metrów. Mur zbudowany był z wielkich cegieł. Dzięki oświetleniu za około 3 miliony $ każda z nich mogła funkcjonować jako oddzielny ekran lub idealnie współgrać z pozostałymi.
Historia opowiadana przez Rogera Watersa była dobrze znana każdemu fanowi Pink Floyd. Na murze w niesamowitej ostrości został wyświetlane animacje z filmu reżyserii Alana Parkera Pink Floyd – The wall, jednak sam przekaz uległ makabrycznej przemianie. Historia „Pinka”, bohatera opery, została niemal całkowicie zignorowana, a w jej miejsce pojawiły się przesłania o dyktaturze, kapitalizmie, fanatyzmie religijnym, totalitaryzmie, cyklach rozwoju społeczeństwa, globalizacji, propagandzie, bezsensownej miłości, seksie, pustości życia, edukacji. Mnogość tematyki była tak wielka, że niektórzy widzowie podczas przerwy nie ruszyli się z miejsca i pusto patrzyli się w jeden punkt, całkowicie pochłonięci przez własne myśli. Makabryczne sceny z dzieła Parkera spowodowały też to, że nieliczni nie wytrzymywali i w ciszy opuszczali swoje miejsca.
Koncert Waters’a był idealnym, nowym spojrzeniem na całą płytę The Wall. Wokalista zrezygnował z samolubnego spojrzenia na własną historię zamiast tego skupił się na rozwoju całego społeczeństwa. W tym temacie utknęły mi szczególnie bombowce, które zamiast bomb spuszczały na ziemie symbole: komercjalizmu- muszelki shella, znak mercedesa, religii- krzyż, półksiężyc, gwiazdę żydowską, wreszcie symbole ideologi- sierp i młot i kapitalistycznego dolara. Wkrótce na ziemi nie widać było żadnych budynków, zamiast tego pojawiło się morze czerwonych symboli przypominające krew.
Razem z kolejnym utworami, po cichu, za plecami Watersa wyrwa w murze była wypełniana kolejnymi cegłami. Współpraca świateł i budowniczych była tak dobra, że z zapełniającej się wyrwy zdałem sobie sprawę dopiero kiedy mur był prawie skończony. Idealnie pokazało to, że budowa metaforycznego „muru” jest czymś dziejącym się bez twojej wiedzy, kontroli. Po 55 minutach legendarnej muzyki i niezapomnianego show mur został ukończony, a z za niego zabrzmiało Hey you.
Po pierwszej części byłem przekonany, że nie jest w stanie mnie już nic zaskoczyć. Byłem pewien, że Roger Waters nie jest już w stanie zaoferować mi czegoś lepszego. Okazało się, że nie mogłem się bardziej mylić. Po pierwszych minutach drugiej części zabrzmiało Hello, is there anybody in there? Na to pytanie odpowiedziało wspólnie pięćdziesiąt tysięcy gardeł i dwa razy więcej rąk. Zaczęło się Confortably numb. Bezdyskusyjny hit i mój osobisty ulubiony utwór „floydów”. Zabrzmiała pierwsza nuta, Roger Waters wyciągnął ręce do góry a na środku muru pojawiła się biała wyrwa. Mur zaczął się wyginać tworząc spirale. W końcu z początkiem pierwszej nuty solówki, uważanej przez niektórych za najlepsze solo stworzone przez człowieka, Roger Waters walnął w mur a on eksplodował tysiącem jaskrawych barw. Szczęka opadła mi do samej ziemi.
Mur przeistoczył się teraz w bramę zrobioną z filarów. Wkrótce jednak Roger Waters założył skórzany płaszcz i aviatory. Stał się dyktatorem. W lukach muru zaczęły pojawiać się flagi z dwoma skrzyżowanymi młotami a mur zaczął ponownie przeistaczać się w jednolitą całość. Przy utworach takich jak Run like Hell Waters wyciągnął karabin (Niemieckie M4) i zaczął strzelać do ludzi. Potem wskazywać poszczególne osoby i skazywać je na śmierć. W kluczowym punkcie tej części stanął na podwyższeniu i zaczął machać do ludzi obracając tylko dłonią (Naśladując królową Elżbietę). Rozbrzmiał The Trial i moim oczom ukazał się „Pink” otoczony murem. Na koniec utworu rozbrzmiały wrzaski Leave Him Alone, Leave Him Alone w tej samej chwili mur eksplodował grzebiąc Watersa pod cegłami.
Koniec koncertu zakończył utwór Outside the Wall. Muzycy prezentowali go na gruzach rozsypanego muru. Razem z ostatnią nutą widowiska wybuchła publiczność. Brawa ciągnły się przez wieczność razem z wrzaskami i skandowaniem „Roger, Roger!”. Oczy zaszły mi łzami.
Warto krótko napisać o polskich akcentach. W piosence Another Brick in the Wall w części drugiej wystąpił chórek dzieci wybranych specjalnie przez Rogera Watersa. Dzieciaki dały radę. Zostały nagrodzone owacjami na stojąco. Prawdziwym zaskoczeniem jednak okazał się sam Roger Waters, który wygłosił dedykacje dla nieznanego nastolatka zabitego przez policje w języku polskim. Jego polszczyzna nie była doskonała, a każde „ś”, „ć” i „ż” wypowiadał z twarzą jak podczas najgorszych tortur. Mimo tego dało się usłyszeć takie zdania jak:
Życzę wszystkiego dobrego waszym rodziną, czy Utwór ten zagram w imię prawa i sprawiedliwości.
Sam fakt legendy rocka mówiącej po Polsku wywołał wielką falę euforii na publiczności i brawa trwające przez dobre parę minut.
Mój felieton zakończyłem cytatem z New York Times The best arena show ever. Period. Napisałem właśnie 880 słowo w tej recenzji. Pisząc to zakończenie zdałem sobie sprawę, że wszystkie te słowa przekazały mniej więcej tyle samo informacji co ten śmieszny 6-wyrazowy cytat konkretnie – NIC. Opisanie widowiska Rogera Watersa, przekazanie emocji, wytłumaczenie przekazu, oddanie klimatu jest po prostu niemożliwe. Śmiało mogę powiedzieć, że to co przydarzyło mi się kilka godzin temu było najlepszym koncertem na jakim kiedykolwiek byłem i na jakim kiedykolwiek będę. Parę tygodni temu obiecałem wam wierną relację z Roger Waters live- The Wall. Tę relację zakończę przeprosinami. Nie dałem rady.
