Wielcy artyści nigdy nie odchodzą w zapomnienie. Mogą nie nagrywać, nie pojawiać się publicznie, ale ich dorobek nie pozwoli im całkowicie zniknąć. Zawsze będą wyczekiwani, a ich najnowsze płyty wypatrywane z utęsknieniem. Po 25 latach Roger Waters wydał swój piąty album studyjny.
Roger Waters dał sobie 25-letnią przerwę po wydaniu płyty Amused to Death. To dużo. Może się więc wydawać, że piąty solowy album Is This The Life We Really Want? został gruntownie „przepracowany” przez Watersa. Jak się okazuje – i tak, i nie. To rzeczywiście przemyślany materiał, bez przypadkowych momentów, wiążący się w spójną całość. Kolejne wielkie wydawnictwo Watersa. To również najbardziej „Pink Floydowski” album w jego solowej dyskografii, zacierający jego indywidualność na rzecz brzmieniowych artefaktów twórczości tego zespołu.
Najnowsza płyta Rogera Watersa jest w przeważającej mierze naturalną kontynuatorką wątków i treści swojej poprzedniczki. Album Is This The Life We Really Want? jest głęboko zanurzony w treściach społeczno-politycznych, dotyka kwestii medialnych. To moment, kiedy historia przyspiesza, tryby pracują szybciej – owszem – ale to nie oznacza, że nie da się stworzyć płyty oderwanej od palących problemów współczesnego świata. Na poziomie treści proponuje komunikat, który w muzyce w ostatnim czasie został już wielokrotnie przerobiony. Muzyk bombarduje słuchacza wielkimi słowami – tymi miażdżącymi, przygniatającymi, ale próbuje pozostawić nadzieję, wyrwać z marazmu. Roger Waters od dekad wykazuje ogromne zaangażowanie w sprawy społeczno-polityczne, więc taki wydźwięk treści tej płyty nie powinien zaskakiwać. Jednak wydaje się, że sam Waters jest też z drugiej strony chyba w pewnym stopniu zmęczony polityką i ucieka od niej w The Most Beautiful Girl oraz w Oceans Apart w stronę miłosnych wątków.
Pierwszy od 25 lat solowy album Rogera Watersa to w warstwie muzycznej raczej pean w stronę mocno gitarowych brzmień pierwszej połowy lat 70., a właściwie płyty The Dark Side of the Moon grupy Pink Floyd, niż poszukiwanie nowych dźwięków. Ten niemal bezwzględnie gitarowy kierunek sprawia, że płyta brzmi anachronicznie, nie ma w niej czegoś świeżego, odkrywczego, zaskakującego. Trudno odnaleźć coś, czego jeszcze nie było, choć nie jest to niemożliwe – w Bird In A Gale pojawiają się pojedyncze syntezatorowe wstawki, fortepianowo-smyczkowe połączenia w Broken Bones czy The Most Beautiful Girl. Muzyk ostrożnie, bardzo precyzyjnie połączył gitarowe brzmienia z mniejszymi elementami innych gatunków muzycznych, ale w przeważającej części albumu postawił jednak na pozostanie we własnej, muzycznej sferze komfortu dźwięków dobrze znanych. Waters urozmaica też przestrzeń utworów różnymi komunikatami w tle wzmacniającymi cały przekaz, grozę w nim zawartą.
Is This The Life We Really Want? budzi mieszane uczucia. Z jednej strony to bardzo dopracowane wydawnictwo, przemyślane, niemal bezbłędne. Słychać doświadczenie Watersa, wypracowany muzyczny zmysł. To płyta doświadczonego artysty i człowieka. Z drugiej album nie zaskakuje. W muzyce nie da się poprzestać na danym etapie i już. Wymaga to pewnych zmian, cyklicznego rozwoju, małych ewolucji. Tu tego brak.
Roger Waters daje tym albumem do zrozumienia, że daleko mu do eksperymentowania dźwiękami, poszukiwania nowych muzycznych środków wyrazu. Is This The Life We Really Want? z pewnością znajdzie uznanie słuchaczy, szczególnie wśród wielbicieli twórczości grupy Pink Floyd. Jednak kurczowe trzymanie się zestawu gitar wzbudza wrażenie podstawiania pewnych zmiennych wartości pod znane oraz wypróbowane schematy i wzory. Może tak jest łatwiej lub wygodniej, a może głęboko rockowe brzmienia są Watersowi po prostu bliższym środkiem wyrazu? Trudno jednoznacznie stwierdzić, choć to drugie jest zapewne bardziej prawdopodobne. Nie można jednak zaprzeczyć, że najnowszy album artysty jest wartościowym dziełem, dla wielu bardzo ważnym. Czy to jest album, na który rzeczywiście czekałam? Nie do końca.

