Site icon All About Music

Komfort Tworzenia. Rod Stewart with Jools Holland – Swing Fever, 2024 (recenzja)

Kiedy artysta osiągnie już wszystko co chciał albo wszystko, co można było osiągnąć, zaczyna na nowo bawić się tym, co robi. To słychać na albumach, czasem pełnych eksperymentów, jak u Beatlesów, innym razem jest to powrót do korzeni i inspiracji, jak w przypadku ostatnich krążków The Rolling Stones. Są też oczywiście albumy świąteczne, ale to inna bajka. Gdzieś pomiędzy mamy też wydania składające się z coverów i standardów, z którymi często łączy się także przeskok gatunkowy. Na tę właśnie opcję zdecydował się Rod Stewart, który 23 lutego podzielił się ze światem albumem Swing Fever, wypełnionym po brzegi big-bandowymi klasykami.

Do złotej ery jazzu i swingu Sir Rod zdecydował się powrócić w towarzystwie Joolsa Hollanda.

Dostaliśmy 13 utworów, które chociaż znane i potraktowane z należytym szacunkiem, bez zbędnych wariacji i eksperymentów, tworzą muzyczny wehikuł czasu, którym muzycy porywają z niezwykłą gracją.

Album otwiera Lullaby Of Broadway i rzeczywiście się kołysze, ale zdecydowanie nie zachęca do spania chociaż, zazwyczaj dużo bardziej szorstki głos, na jego potrzeby nieco łagodnieje i wycisza się, to orkiestra zadziornie drażni ucho. Wszystko jest na swoim miejscu, jednak już tutaj widać, że to album wydany dla zabawy, przyjemności samych artystów i nie każdy fan Stewarta zaspokoi nim głód na nowy materiał od swojego idola. Jest to bowiem powrót wypełniony standardami, które już słyszeliśmy i to w wykonaniu wielu artystów, tak jak na przykład w przypadku Oh Marie, czy Sentimental Journey.

Rod Stewart czaruje tu nie tylko umiejętnościami wokalnymi, nie bez znaczenia jest tu też jego natura showmana. Czy to dziwne, że podczas słuchania albumu studyjnego miałam wrażenie, jakbym nagle przeniosła się na salę koncertową i była niezwykle blisko swingującej orkiestry? Myślę, że w przypadku tego artysty, gdzieś na poziomie podświadomości właśnie na to liczyłam i dostałam dokładnie to, czego chciałam. Okrzyki, interakcja z orkiestrą i puszczenie swoistego oczka do słuchacza, przewija się tu niemal nieprzerwanie, wyraźnie da się to zauważyć chociażby na Pennies From Heaven.

W Night Train słyszymy trochę mocniejsze brzmienie, ale gitary, które dołączają znacznie odważniej do orkiestry, nie zaburzają dotychczasowej swingującej koncepcji.
Love is The Sweetest Thing, czy Them There Eyes przypominają o tym, że na klimat składa się przynajmniej kilka elementów, od odpowiedniego natężenia, balansu pomiędzy instrumentami, a głosem, ale też dopasowanie głosów towarzyszących. Na tym albumie to właśnie te ostatnie tworzą bardzo ważną wartość dodaną. Jeśli mimo wszystko, tęsknicie za odrobiną zadziorności i rockową nutką to i ją dostaniecie, chociaż będą to zazwyczaj domieszki różnych gatunków tak, jak w przypadku Good Rockin’ Tonight.
Aint Misbehavin’ oraz Frankie and Johnny to przykłady na to, że tworzenie tego albumu, było dla Roda najprawdopodobniej dość instynktowne i naturalne, taki przynajmniej sygnał dociera do moich uszu. Chociaż wiadomo, że odnalezienie się wśród nagromadzenia instrumentów tworzących całą orkiestrę nie jest wcale łatwe, Rod wrzuca na ten album niezwykły luz.

Są utwory zwyczajnie wyśpiewane, niektóre można też wyrecytować, Walkin’ My Baby Back Home znajduje swoje miejsce gdzieś pomiędzy.
Niektórzy mówią, że uśmiech da się usłyszeć, jeśli szukacie potwierdzenia, można znaleźć je pomiędzy dźwiękami Almost Like Being In Love, który miejscami został doprawiony akustycznymi smaczkami. Kiedy w akompaniamencie pianina, Rod Stewart wprowadzał mnie w ostatni na albumie utwór, czyli Tennessee Waltz przeczuwałam, że taka kameralna atmosfera nie potrwa zbyt długo i nie pomyliłam się, bo na koniec artysta jeszcze podkręca tempo.

To, o czym myślałam słuchając albumu Sving Fever to po pierwsze fakt, że są utwory, którym nie grozi nadszarpnięcie zębem czasu i tak właśnie jest w przypadku tych zamkniętych na tym krążku.

Jednocześnie nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że żeby sięgnąć po takie standardy i podejść do nich z klasą i spokojem, nie próbując za wszelką cenę dodać czegoś „od siebie”, trzeba nie tylko doświadczenia, ale też pewnego spełnienia muzycznego, a przy tym, umiejętności, odwagi i pomysłu, by wziąć na warsztat utwory, które rozpoznawalność zyskały dzięki takim artystom, jak chociażby Frank Sinatra. Na szczęście Rod ma to wszystko w zanadrzu.

Pomimo wysokiego muzycznego poziomu, stylu i niezaprzeczalnego luzu zamkniętego na Swing Fever
Nie każdy się tą gorączką zarazi, ale mam wrażenie, że ten konkretny album Sir Rod Stewart wydał zdecydowanie bardziej dla samej radości jego tworzenia, niż dla słuchaczy. My dostaliśmy go przy okazji. Dobrze, więc, że takie okazje się zdarzają.

Exit mobile version