Historia stara jak świat: młoda dziewczyna z prowincji przyjeżdża do Los Angeles, aby spełnić swoje marzenia o zostaniu gwiazdą. Nie wszystko idzie jednak po jej myśli, trafia więc do Bourbon Room, podupadającego rockowego klubu przy Sunset Strip, któremu grozi zrównanie z ziemią przez niemieckiego dewelopera. Fabuła ma tutaj jednak drugorzędne znaczenie – sercem musicalu w reżyserii Jacka Mikołajczyka jest stary, dobry rock lat 80.
Na Broadwayu, gdzie powstał, musical można było obejrzeć ponad dwa tysiące razy. Grano go również na West End, w Japonii, Australii, Brazylii i wielu innych krajach, gdzie publiczność zakochiwała się w pikantnym humorze i przełamywaniu „czwartej ściany”, którymi charakteryzuje się produkcja. Polska wersja Rock of Ages powinna spodobać się zarówno miłośnikom teatru, jak i stałym bywalcom koncertów rockowych. To ponad trzy godziny naprawdę świetnej zabawy.
Fabuła sztuki jest prosta: Los Angeles, druga połowa lat 80. Młoda, naiwna Sherrie (w tej roli Barbara Garstka*), która marzy o zostaniu aktorką, trafia do rockowego klubu Bourbon Room: niegdyś kultowego, dzisiaj zagrożonego gentryfikacją z rąk niemieckiego dewelopera Hertza (Piotr Siejka). Klub próbują ocalić jego zmęczony życiem właściciel Dennis (Damian Aleksander), jego prawa ręka Lonny (Przemysław Glapiński), buntowniczka Regina (Natalia Kujawa) oraz Drew (Karol Drozd), który chciałby zostać muzykiem i który zakochuje się w Sherrie praktycznie od pierwszego wejrzenia. Ostatnią deską ratunku jest zorganizowanie w klubie pożegnalnego koncertu grupy Arsenal, z bożyszczem tłumów Stacee Jaxxem (Grzegorz Wilk) na czele.
Rock of Ages w Teatrze Syrena wypełniona jest klasycznymi przebojami w polskich wersjach językowych. Przekłady w wykonaniu Jacka Mikołajczyka są całkiem zgrabne, możemy więc z przyjemnością posłuchać takich hitów jak We Built This City grupy Starship, I Wanna Rock Twisted Sister, Wanted Dead or Alive Bon Jovi, I Want To Know What Love Is Foreigner czy Don’t Stop Believin’ Journey. W tym miejscu ogromne brawa należą się zespołowi muzycznemu pod kierownictwem Tomasza Filipczaka oraz oczywiście aktorom, ale o nich za chwilę. Scenografia (za którą odpowiedzialny jest Mariusz Napierała), chociaż prosta, spełnia swoje funkcje i cieszy oko, doskonale oddając klimat zadymionego klubu. Na pochwałę zasługują także wiernie odtwarzające modę tamtych lat kostiumy w wykonaniu Tomasza Jacykowa. Z kolei zespół taneczno-wokalny, który towarzyszy aktorom w licznych scenach, to prawdziwa energetyczna bomba. Trudno oderwać od nich wzrok!
Jeśli zaś chodzi o aktorów: absolutnie zachwyca Przemysław Glapiński jako Lonny, który poza uczestniczeniem w wydarzeniach fabularnych jest również narratorem sztuki, zwracając się bezpośrednio do widzów, sarkastycznie z nimi żartując, w pewnym momencie zdradzając również innym postaciom, że występują w teatrze. Scena, w której Lonny i inny bohater (bez spoilerów!) wyznają sobie nawzajem miłość to najzabawniejszy moment całego spektaklu. Znakomicie grają Barbara Garstka i Karol Drozd jako Sherrie i Drew, których głosy wspaniale ze sobą harmonizują. Humorystyczną perełką jest występ Macieja Dybowskiego w roli Franza, syna niemieckiego dewelopera. Wokalnie, uwagę przyciąga znakomita Magdalena Placek-Boryń jako Justice, właścicielka klubu ze striptizem.
Spektakl Rock of Ages zalecany jest dla widzów powyżej 15 roku życia. Sporo tu brudnego humoru, ale czego innego można się spodziewać po sztuce osadzonej w erze sex, drugs and rock and roll? Jeśli lubicie teatr z odrobiną szaleństwa, zobaczcie Rock of Ages w warszawskim Teatrze Syrena.
*Wszyscy wymienieni w recenzji aktorzy wystąpili w prapremierze 13 września. Pełna obsada na stronie teatru Syrena.
