Site icon All About Music

Rock For People 2017 – część 1. Relacja Michała Szuma

Za nami kolejna edycja jednego z najbardziej rozpoznawalnych czeskich festiwali, a więc Rock For People. Po raz kolejny fani rockowych brzmień z Czech i okolic spotkali się w Hradec Kralove, aby na terenie bazy lotniczej bawić się w doborowym towarzystwie. Całość okraszona była piękną pogodą i wspaniałymi artystami, wśród których znaleźli się reprezentanci wielu nurtów muzycznych, czasami nieoczywiście powiązanych z muzyką gitarową.

Pierwszy dzień festiwalu upłynął w mocno rockowym klimacie, choć nie zabrakło też akcentów alternatywnych lub wręcz stricte elektronicznych. Początek grania na międzynarodowym poziomie przypadł na godzinę 17:00, kiedy to na Rock For People Stage rozpoczął się koncert Comeback Kid. Mocne punkowe granie, wymieszane z hardcore’owym sznytem, było dobrym preludium do dalszych wydarzeń.

Fot. Petr Klapper / Rock For People

A im dalej w las tym więcej gitar, choć ich poziom przesteru był ustawiony nieco niżej i poszczególne występy wpasowywały się bardziej w nurt rock aniżeli hardcore. Tak były chociażby w przypadku żywiołowej grupy The Amazons, z charyzmatycznym wokalistą o ognistym kolorze włosów. Wraz z rozwojem koncertu, rozwijała się również sytuacja na publice. Ludzi przybywało, bawili się oni coraz lepiej, aby w finale osiągnąć apogeum.

The Amazons. For. Łukasz Frączak

Nieco gorzej było podczas koncertu Moose Blood, kojarzącym się z niewdzięcznie kopiowanymi amerykańskimi komediami o nastolatkach. Samo granie zespołu może nie było złe pod względem technicznym, ale takie brzmienie było już przerabiane po stokroć w ten czy inny sposób przez tysiące zespołów. Słowem: nuda, choć wiele osób bawiło się świetnie.

Kolejne trzy koncerty należałoby włożyć pod wspólny mianownik, którym byłoby słowo „perfekcja”. Poczynając od niewinnie brzmiącej nazwy Kontrust: grupka muzyków w disco-barokowych przebraniach wyszła na scenę, zagrała swój koncert życia i pokazała ludziom po co przychodzi się na festiwale – właśnie po to, żeby poznawać takie zespoły jak ten. W dwóch pozostałych przypadkach mówimy już bowiem o markach dobrze osłuchanych, gdyż Cage The Elephant i You Me At Six powinny być doskonale znane każdemu fanowi rocka. Oba nie zawiodły pokładanych w nich nadziei i zagrały na poziomie, który przystoi ich renomie.

U góry: Cage The Elephant. Na dole: Kontrust. Fot. Petr Klapper / Rock For People

Wisienką na torcie tego dnia był występ Die Antwoord – zespołu wymykającego się wszystkim znanym nurtom muzycznym. Sama muzyka była tylko jednym z elementów składającym się na całe widowisko, jakie muzycy zapewnili zgromadzonej publiczności. Show było dodatkowo okraszone efektowną instalacją świetlną, pirotechniką i dużą dozą układów choreograficzno-artystycznych. Dwubiegunowość granej przez nich muzyki (albo się ich lubi, albo nienawidzi) sprawiła, że część osób była rozlokowana także na innych scenach, lecz ciekawość skusiła bardzo wielu, w tym i mnie, do sprawdzenia choć części z ich występu. Pragnienie zostało zaspokojone, lecz ostatecznie nie był to najlepszy koncert w moim życiu. Jednak doskonale rozumiem ludzi, którzy w tej kwestii stoją na drugim biegunie. Show było show.

Die Antwoord. Fot. Petr Klapper / Rock For People

Drugi dzień to kolejna dawka zróżnicowanych emocji, wśród których nie zabrakło zarówno gitarowego grania, jak i dźwięków elektronicznych. W tej pierwszej kategorii brylowały głównie zespoły zagraniczne, choć nie obyło się też bez lokalnych akcentów. Świetny koncert dała bowiem kapela Vypsana Fixa, która swym stylem zasugerowała skojarzenie ich z legendarną Nirvaną. Cała czeska część publiczności towarzyszyła wokaliście w jego śpiewie niemal od początku do końca, a uwzględniając ilość zgromadzonych osób, dało piorunujące wrażenie.

Co się natomiast tyczy zespołów przyjezdnych, to duże plusy należy postawić przy dwóch nazwach: Slaves i Paramore. Ci pierwsi udowodnili, że nie potrzeba wiele (wystarczyła gitara oraz niepełny zestaw perkusyjny), żeby dać pełnoprawny i bardzo godny koncert. Sami muzycy nie byli z tego powodu jakoś specjalnie smutni, czemu dali ujście chociażby w piosence Fuck The Hi-Hat. W kwestii Paramore, należy przede wszystkim zaznaczyć wielką rolę liderki całego bandu – Hayley Williams. Charyzmatyczna wokalistka o blond włosach (choć w rudym jej lepiej!) robiła na scenie rzeczy, o których wielu mogłoby tylko pomarzyć. Skakała, biegała, tańczyła i wyginała swe ciało do granic możliwości, a wszystko to w rytm energicznych piosenek, chociażby z najnowszego After Laughter (z Hard Times na czele).

U góry: Slaves. Na dole: Paramore. Fot. Petr Klapper / Rock For People

Fani cięższych brzmień również byli tego dnia mocno usatysfakcjonowani, bowiem tego dnia główna scena obfitowała w ciężkie propozycje. Na pierwszy ogień (i to dosłownie) poszło Deez Nuts, które stanęło przed nie lada wyzwaniem. Kilka dni przed koncertem w Hradec ich wokalista trafił do szpitala, czego efektem był jego brak na czeskim koncercie. Na szczęście występ uratował charyzmatyczny gitarzysta, który porzucił swego Les Paula na rzecz mikrofonu, co wyszło mu naprawdę przyzwoicie. W rolę gitarzysty wcielił się znajomy zespołu, co również stanowiło godne zastępstwo. Tak czy inaczej, panowie udźwignęli ciężar i podołali kłodom rzuconym im pod nogi.

Kolejną stricte mocną propozycją był zespół Northlane, lecz w tym przypadku możnaby spokojnie przejść obok tego występu z dużą dozą obojętności. Panowie grali wszak głośno i soczyście, acz jednocześnie nudno i powtarzalnie. Dlatego dobrym kontrastem do ich gry było spotkanie z Mastodon – starymi wyjadaczami w świecie metalu. Doświadczeni panowie dali wszystkim poprzednikom solidną szkołę, grając melodycznie i bardzo wyraziście, nie będąc przy tym monotematycznymi w kwestii brzmienia. Naprawdę solidny występ.

Mastodon. Fot. Petr Klapper / Rock For People

 

Exit mobile version