Z talentem się rodzimy, doświadczenie pielęgnujemy, a wiek jest tylko liczbą. Wokalista Robin McAuley jest najlepszym tego przykładem. Czas zupełnie nie zostawił śladu na jego potężnym głosie, a pasja do nowych twórczych wyzwań jest widoczna w każdym projekcie, którego się podejmie. Po wielu ciekawych współpracach nadeszła pora na wyczekiwany od ponad dwóch dekad, drugi solowy album artysty – Standing On The Edge. Jeśli potrzebujecie zdrowej dawki klasycznego rocka w połączeniu z nowoczesnym brzmieniem, on jest w stanie wam ją zapewnić.
Robin McAuley jest dla mnie jednym z najlepszych wokalistów na tej planecie. Jego głos można usłyszeć na albumach Grand Prix, Far Corporation i Elements of Friction, a przede wszystkim na czołowych płytach McAuley Schenker Group wydanych na przełomie lat 80-tych i 90-tych: Perfect Timing, Save Yourself i M.S.G. To dzięki nim miłośnicy hard rocka poznali się na jego wrodzonym talencie i wszechstronności. Po odejściu z MSG w 1999 roku wydał solową płytę Business as Usual, a następnie stanął na czele grupy Survivor, a także został wokalistą w premierowym show muzycznym The Rock Vault w Sin City. Kilka lat później McAuley ponownie zgrał się ze starym przyjacielem Schenkerem biorąc udział projekcie Michael Schenker Fest, by wydać dwie płyty i wyruszyć w światową trasę. Na tym etapie grupa zawitała do Polski z koncertem w łódzkiej wytwórni. I oczywiście nie można pominąć najświeższego wydarzenia. W 2020 roku Robin został liderem supergrupy Black Swan dla której połączył siły z wprawionymi muzykami – gitarzystą Reb Beachem, basistą Jeffem Pilsonem i perkusistą Mattem Starrem. W doborowym towarzystwie i pod skrzydłami wytwórni Frontiers Records narodziło się świetnie oceniane wydawnictwo Shake The World z kilkoma sukcesywnymi singlami. Historia wydania debiutanckiej płyty niestety zbiegła się z czasem światowego lockdownu, jednak nawet ten fakt nie ostudził entuzjazmu słuchaczy, a zespól już ogłosił pracę nad jej następcą.
Dyskretnie oczekiwałam jednak czegoś więcej – solowego, niezależnego powrotu pod własnym nazwiskiem. Tym bardziej niespodziewanie, a jednocześnie jakże wyczekiwanie! Drugą połowę 2020 roku artysta spędził na pracy nad nowym solowym albumem zatytułowanym Standing on the Edge, na którym znalazły się znakomicie wykonane wariacje ciężkiego i melodyjnego rocka. W proces powstawania materiału zaangażowali się cenieni muzycy tacy jak Alessandro Del Vecchio, Phil Lanzone oraz Tommy Denander.
Robin McAuley przychodzi do słuchacza z konkretnym manifestem już od pierwszych dźwięków piosenki Thy Will Be Done ze świetnymi melodiami i harmoniami, które nadają ton pozostałej części płyty. Tytułowy utwór podąża w tym samym duchu, na ożywionym riffie zapewnionym przez gitarę i jeszcze bardziej ekspresywnie podkręconym refrenie. Artysta stawia w nim na liryczny punkt widzenia i analizuje, jak wygląda obecnie świat i dokąd zmierza. Tu pozwolę sobie na drobne wtrącenie, ale nie sposób jest przejść obok bez komplementu w stronę wizerunku. Wytykanie ludziom wieku nie leży w mojej intencji, ale tu po prostu muszę zrobić wyjątek. 68-latek wygląda tak piekielnie dobrze, a jego głos jest tak mocny jak na samym początku. Wielu kolegów po fachu mogłoby brać przykład jak powinien wyglądać i brzmieć rockman z prawdziwego zdarzenia.
Stworzenie ballady i umiejętne oddanie autentycznych emocji jest jednym z najtrudniejszych zadań, które stoją przed artystą. Wynik jest taki, iż nieliczni rzeczywiście potrafi jemu sprostać. Słuchając Anytime, When I’m Gone czy What Happens To Me sprzed ponad trzech dekad wciąż nie mogę wyjść z podziwu, jak solidne są to dokonania. Do ich grona właśnie dołączyło Late December, które autor dedykował swojej żonie, Ginie McAuley. To porywająca ballada z subtelnym gitarowym brzmieniem, po czym otwiera się na głęboką linię basu z uniesionym uczuciami wokalem. Pozostając w nostalgicznym nastroju, wokalista wspomina minione czasy w Do You Remember – klasycznym, melodyjnym rockerze w stylu AOR wzmocnionym przez świetną sekcję środkową i gitarowe solo. Tempo jest dodatkowo zwiększone przy dynamicznej balladzie Say Goodbye, będącą jedną z (wielu) najmocniejszych i charakternych propozycji na wydawnictwie.
Na horyzoncie gra riffowane intro Chosen Few, gdzie kołysząco skręcamy w stronę chłodnego uderzenia bębna basowego i talerza, które wprawia tę rockową bestię w ruch. Wokal z chrapliwym tonem pasuje do wyluzowanej aranżacji, a w komitywie z basem nadaje całości mięsisty groove. Podobne odczucia towarzyszą przy Supposed To Do Now, będące nieco mniej agresywne, natomiast w zamian oferujące interesującą progresje akordów. Już na tym etapie mogę stwierdzić, iż Standing On The Edge zostało należycie zbalansowane. Nawet na chwilę nie daje słuchaczowi odczuć znużenia, jak również nie próbuje na siłę udowadniać swojej rockowej witalności.
Wracamy do ballad, tym razem z przestrzennym Run Away niesionym przez płynną melodię gitary akustycznej, piękną solówkę i osobistymi odczuciami wykonawcy, które nawiązują do lat dzieciństwa. To również najlepszy czas, aby na moment wyobrazić sobie salę koncertową i światło unoszących się ku górze zapalniczek, bądź alternatywnie, lamp telefonów komórkowych. Koncertowo sprawdzą się również hard rockowe, wypełnione potężnymi i emocjonalnymi melodiami Like A Ghost oraz Wanna Take A Ride. To drugie, jak przyznał sam artysta, było najzwyczajniej krzykiem desperackiego pragnienia wyjścia z domu w dobie pandemii i udaniem się na plażę. Jeden z najcięższych utworów pojawia się na zakończenie. Intensywnie brzmiące Running Out Of Time nie pozostawia wątpliwości, że Robin wciąż ma to, czego potrzeba do grania rock’n’rolla.
Artysta razem ze Standing On The Edge przychodzi dać nam solidnego kopa do działania, by następnie pozwolić rozmarzyć, zrelaksować się i odnaleźć balans w tych specyficznych czasach. W jednym z wywiadów zaznaczył, iż nie jest ona płytą idealną, ani nie znalazło się na niej wszystko, co chciałby powiedzieć i nagrać solo. Ja z kolei polemizuję z pierwszą częścią tego wyznania. Trudno zaargumentować dlaczego dzieje się tak z muzyką, ale takowe zjawisko można poniekąd porównać do miłości, gdy czujesz ją od pierwszej chwili i chcesz z nią spędzać jak najwięcej czasu. Zwłaszcza, gdy przedstawia rock w tak szlachetny i jakościowy sposób, jak po raz kolejny zrobił to Robin McAuley.
