Site icon All About Music

Robak w Warszawie, czyli jak zamiast uciekać przed burzą na Open’erze, posłuchałam moich ulubionych piosenek w klimatycznej klubokawiarni

Wyobraźcie sobie, że w ciepły, piątkowy wieczór wchodzicie do klubokawiarni w Waszym mieście. W środku jakaś dziewczyna gada z baristką i barmanem, dwoje dziadków sączy niespiesznie kawę, a młodemu chłopcu oczy się świecą na widok coli, którą niesie dla niego jego mama. Siadacie przy stoliku na miękkiej ławce z welurowym obiciem, zamawiacie chłodne piwo i (ponieważ to fantazja) zamiast przeglądać telefon, otwieracie wciągającą książkę. W głębi sali robi się coraz większy ruch, a obok keyboardu dostrzegacie perkusję ukrytą pod konstelacją światełek. Ktoś ustawia na środku statyw z mikrofonem i zaczyna się kameralny koncert. Zamykacie ksiązkę i chowacie ją do torby, a do sali wchodzą po kolei Sia, Sam Smith, Birdy, na chwilę wpada też Miley Cyrus z Lady Gagą, Michael Bublé oraz Katy Perry. Gdy zamykacie oczy myślicie, że to niemożliwe, ale przecież macie ich dosłownie na wyciągnięcie ręki a ich głos dźwięczy w Waszych uszach. Gdy wreszcie na scenie pojawia się Jeff Buckley, a zaraz po nim Czesław Niemen, przestajecie ufać swoim zmysłom. Otwieracie oczy, a przed wami stoi… Robak. Ola Robak.

Ten opis nie jest daleki moim przeżyciom z pierwszego dnia lipca. Podczas gdy tysiące Polaków przeżywały ewakuację Open’era z myślą, że po miesiącach lub latach oczekiwania nie usłyszą swoich ukochanych wykonawców, ja poszłam na (prawie) prywatny przegląd moich własnych idoli. Na festiwalu Oli Robak nie było wielkich scen, orkiestry w pełnym składzie, zespołu tancerzy ani walki o bramki. Były za to chwile wzruszenia, wspólny śpiew i wspólny śmiech. 

Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam duże koncerty wielkich gwiazd i jestem skłonna znieść siąpiący deszcz, głód, zabłocone buty i zdarte gardło żeby zobaczyć występy niektórych piosenkarzy. Nie zmienia to jednak faktu, że na sukces tego typu przedsięwzięć składa się praca wielu osób i dużo rzeczy można przykryć. Tymczasem występ solo w gronie kilkudziesięciu osób to zupełnie inna (nomen omen) para kaloszy. Żeby śpiewać czysto, atrakcyjnie, z zaangażowaniem i różnorodnie znane wszystkim piosenki przez 2 godziny mając do dyspozycji tylko mikrofon i szklankę wody – to jest prawdziwa sztuka i miara umiejętności artystki. 

Ola porwała się na piosenki uznawane przez niektórych za święte, a przez innych za oklepane. “Dziwny jest ten świat” czy “Hallelujah” to nie tylko utwory, które każdy zna. To utwory, które słyszeliśmy już w tylu wykonaniach, że nawet niektóre covery stały się kultowe. Jest to bezpieczny wybór jeśli zależy nam na zwróceniu na siebie uwagi. Jeśli natomiast ważna jest dla nas ocena publiczności, podejmujemy niemałe ryzyko, bo żeby zrobić pozytywne wrażenie, nie wystarczy jedynie nie wypaść z tonacji. Z ręką na sercu piszę, że wykonania Olci były jednymi z najlepszych, jeśli nie najlepszymi, jakie słyszałam w życiu. 

Występ Oli swoją brawurą przypomniał mi przesłuchanie Natalii Sikory z The Voice of Poland. Z tym że Natalia, podobnie jak wielu wykonawców, zaśpiewała jeden taki hit naraz; Aleksandra zaprezentowała ich w czasie jednego wieczoru kilkanaście i każdy z nich był inny – inaczej zaśpiewany, z inną energią i innym przekazem.

Choć tego wieczoru raczyliśmy się coverami, Ola zaczęła już tworzyć własną muzykę. Trzy tygodnie temu wyszedł singiel Disco Polo, który na szczęście nie ma nic wspólnego z tym gatunkiem muzyki poza nazwą. Z niecierpliwością czekam na więcej numerów, a międzyczasie będę śledzić kolejne występy na żywo, co i wam polecam. 

https://www.instagram.com/olcia_robak/

https://www.instagram.com/trema_warszawa/

Exit mobile version