Kiedy debiutowała na światowym rynku muzycznym w 2012 roku, wszyscy zgodnie twierdzili, że będzie godną następczynią Beyoncé i realnym zagrożeniem dla zdobywającej szczyty list przebojów Rihanny. Tak się jednak nie stało. Do dziś Rita Ora pozostała sobą i na szczęście niektórych, jej sława ogranicza się tylko do Europy. Mija sześć lat i po wielu przejściach artystka powraca z płytą Phoenix. Zadziorny tytuł wskazuje na to, że artystka narodziła się jak niestłamszony Feniks z popiołu.
Trendy na rynku muzycznym zmieniają się niezwykle szybko. Niedawno szczyty okupowały piosenki z gatunku tanecznej elektroniki, dziś króluje rap i pop z elementami trapu. Rita Ora pozostała wierna swoim przeczuciom i wychodząc na pohybel wszystkim, nagrała to, w czym czuje się najlepiej – komercyjny, dobry pop z elementami elektro. Z lepszym lub gorszym efektem. Klątwa mdłego materiału trzyma się z Nią od debiutanckiego wydawnictwa, z którego ze wszystkich stron wylewały się mdłe jak flaki z olejem kompozycje. Na szczęście, na najświeższym materiale mniej jest tych przeciętnych i nudnych kawałków. Wydaje się, że nowa wytwórnia nie tylko ponownie otworzyła drzwi do popularności Rity, ale także zapewniła jej lepszych producentów, którzy wykrzesali drzemiący talent wokalistki. To głos, za którym tęskniły miliony.
Słychać, że pomimo tych narzuconych odgórnie wakacji od muzyki Rita Ora, skupiona na aktorstwie, modelingu, projektowaniu ubrań i promowaniu najnowszych pomadek i lakierów popularnej marki kosmetycznej, nie zgubiła swojej smykałki do artystycznej odsłony jej osoby. Phoenix to płyta dobra, może i nawet bardzo dobra, ale nie solidna popowo. Jest trochę rozlazła, niektóre kompozycje brzmią podobnie, a jeszcze inne są zwyczajnie nudne. Ale generalnie wydawnictwo muzyczne trzyma poziom i ma niezwykle mocne akcenty, które należy docenić.
Jest też progres w samej świadomości artystycznej Rity. Artystka chyba potrzebowała takiej przerwy, żeby uświadomić sobie kim jest i do czego dąży. Na drugim studyjnym albumie rozprawia się z sercowymi problemami, demonami przeszłości i porażkami. W większym stopniu to płyta kobieca, sensualna, spokojna (momentami aż zbyt spokojna) i opozycyjnie – zadziorna, choć nie tak samo jak Roc The Life czy Facemelt. Znaczną różnicą pomiędzy pierwszym dzieckiem a drugim, jest ograniczenie instrumentów żywych.
Dziś na materiale Rity królują komputerowe produkcje z elementami instrumentów żywych. Phoenix to przewagą elektropopowych dźwięków, które w wykonaniu Ory są urocze na swój sposób. Pomijając już single, które mają ponad rok i dodane na album są jedynie ze względów czysto liczbowych, to na Phoenixie można się spotkać z fikuśnym Keep Taking, power balladą – Summer Love i przewrotnym Falling To Pieces, gdzie trąbki nadają kompozycji lekko jazzowego posmaku.
Kolejnym krokiem milowym, który zrobiła Rita Ora jest nie tyle podszkolenie swojego pióra, ale przede wszystkim większy udział w tworzeniu materiału – od wpływu w produkcję aż po pisanie tekstów. W ten sposób brytyjska wokalistka przestaje być w większym stopniu produktem wykreowanym przez wytwórnię, który ma wszystko podane na tacy, a jej jedynym zadaniem jest tylko być i zarabiać pieniądze. Ta odsłona artystki właśnie poszła w niepamięć. Autentyczność biję drzwiami i oknami w emocjonalnych kompozycjach, które zostały zawarte na rozszerzonej wersji albumu. Zwłaszcza Soul Survivor, Falling To Pieces i Velvet Rope nadają kolorytu i smaku Phoenixowi.
Jedyne co zostało, to pogratulować Ricie tak dużej determinacji i szczęścia w zwalczaniu przeciwności, które sprawiła jej poprzednia wytwórnia muzyczna. Nowa wytwórnia to nowy etap w życiu. Można powiedzieć, że dziś Rita Ora ponownie debiutuje na rynku muzycznym i w świadomości słuchaczy. Dobrze, że Phoenix reprezentuje wysoki poziom muzyczny. Jestem pewien, że z tym sztabem producentów dałoby osiągnąć się większą jakość reprezentowanego materiału, ale przyznajmy to głośno – Phoenix jest jednym z najbardziej oczekiwanych albumów roku i jednocześnie jednym z najlepszych albumów muzycznych w kategorii pop, jakie przyszło nam słuchać w 2018 roku. To żywotna płyta, która patrząc na obecne trendy, zestarzeje się z godnością.

