Wallows to dla mnie jeden z najlepszych debiutów ostatnich lat. Choć wyróżnienie się na rynku muzycznym staje się coraz trudniejsze, amerykańskiemu trio udało się wnieść do tego świata pewnego rodzaju powiew świeżości. Choćby dlatego warto Panów poznać bliżej!
Wallows to pochodząca z USA grupa, w skład której wchodzą: Braeden Lemasters, Cole Preston i Dylan Minnette. Jeśli imię i nazwisko ostatniego Pana nic Wam nie mówią – koniecznie wpiszcie je w Google. Na pewno część z Was rozpozna wtedy odtwórcę głównej roli w popularnym serialu „13 Reasons Why”. Niewątpliwie popularność Dylana ułatwiła nieco dotarcie do potencjalnych fanów zespołu – których swoją drogą wciąż przybywa!
Panowie zaczęli od świetnej EP-ki Spring, wydanej w 2018 roku. Znalazł się na niej m.in. utwór Pictures of Girls, mający w sobie absolutnie „to coś”. Klimat utworu wciąga momentalnie, a składają się na niego świetne partie gitar i perkusji, jak również przyciągający wokal.
Debiutancki album – Nothing Happens – pojawił się na sklepowych półkach w marcu 2019 roku. Znalazł się na nim m.in. duet z inną nadzieją współczesnej muzyki – Clairo. Mowa o piosence Are You Bored Yet, nasyconej brzmieniem keyboardu, niosącego za sobą lekki powiew lat 80-tych.
Z kolei w innym singlu – Scrawny – na prowadzenie wychodzą indie-rockowe gitary i perkusja. Chwytliwy refren już po chwili zapada w pamięci, a zmiany tonacji śpiewu Dylana to strzał w dziesiątkę, dodatkowo podkręcający brzmienie kompozycji!
W tym roku Amerykanie podzielili się ze słuchaczami m.in. singlem OK, który w połączeniu z klipem przenosi nas na początek lat 2000 i jest to podróż, do której zdecydowanie chce się powracać!
Co wyróżnia twórczość tej grupy pośród innych współczesnych twórców? Moim zdaniem jedną z kluczowych rzeczy jest niesamowity klimat utworów. Nie ma w twórczości Wallows kompozycji, która nie wciągnęłaby mnie do ich muzycznego świata.
Ponadto Panowie piszą niezłe teksty, sprawnie rozdzielają partie wokalne, które – niezależnie od tego, czyj głos w danej ścieżce dominuje – brzmią bardzo naturalnie i słucha się ich z ogromną przyjemnością. Również w warstwie instrumentalnej wydają się być bardzo świadomi w doborze brzmienia – sprawnie poruszając się zarówno na polu indie-rockowym, jak i syntezatorowym, nawiązującym do lat 80/90.
Jak wiadomo, pandemia sporo namieszała w muzycznym świecie, przede wszystkim koncertowym. Osobiście mocno liczyłam na to, że Amerykanie zawitają na któryś z tegorocznych letnich festiwali w Polsce. Pozostaje mieć nadzieję, że za rok faktycznie nas odwiedzą. Kto wie, może nie z jednym, a dwoma świetnymi krążkami? Koniecznie nadrabiajcie więc zaległości, jeśli jeszcze o grupie nie słyszeliście i… do zobaczenia pod sceną!

