Site icon All About Music

Rise Against – Wolves (2017), recenzja Michała Szuma

Każdy zespół, tworzący muzykę przez czas dłuższy niż 5 lat, dojdzie w końcu do punktu, w którym będzie chciał zmienić coś w swoim brzmieniu. Co prawda i w tej kwestii zdarzają się ewenementy pokroju Motorhead, niemniej w przypadku Rise Against punkt ten nastąpił już jakiś czas temu i od tamtego czasu, niezmiennie, muzyczna społeczność fanów zespołu podzielona jest na dwa obozy: wielbicieli „starego” brzmienia i obrońców „nowego”. Na najnowszy krążku grupy – Wolves – obie opcje powinny znaleźć coś dla siebie, bo krążek jest mocno przekrojowym dziełem.

Sztuka kompromisu

W muzyce jak i w życiu: czasem warto pójść na kompromis. I chociaż ten mógł być jak najbardziej naturalną rzeczą dla muzyków z Chicago, ciężko oprzeć się wrażeniu, że zespół wysłuchał głosu ludu i niejako spełniając jego prośby, wrócił w niektórych momentach do stylu rodem z The Unraveling czy Siren Song Of The Counter Culture. Jakakolwiek geneza stoi za tym powrotem, trzeba uznać go za spory sukces.

Płyta jako całokształt jest bardzo szybka, pełna żywego grania, mocnych przesterów i wyrazistego basu. To właśnie te czynniki były odpowiedzialne za tak przychylne przyjęcie premierowych krążków Rise, więc nie ma się co dziwić, że i tym razem ta taktyka się sprawdza. Co prawda bezpośrednio stare wydawnictwa odciskają swoje piętno tylko w 2-3 przypadkach (głównie mowa tu o bonusowych trackach), lecz ich pochodne są słyszalne niemal w każdym utworze.

Sztandarowy przykład powrotu do korzeni jawi nam się pod numerem 4, czyli w piosence Welcome To The Breakdown. Mocne bębny i melodyjnie brzmiąca gitara podążają za sobą ramię w ramię, nie ustępując w swym tempie ani na moment. Nieco spokojniej robi się w trakcie refrenów, lecz biorąc pod uwagę adekwatność tego przełamania do tytułu utworu, można to panom wybaczyć, a nawet pochwalić ich za kreatywność. Tak czy inaczej, jest to dopiero początek jeśli mowa o odkurzaniu starych płyt.

Co prawda podstawowy pakiet Wolves zawiera tylko jedenaście pozycji, lecz przy okazji tej samej sesji nagraniowej muzykom udało się zarejestrować dwa dodatkowe utwory, które pojawiły się w wersji „deluxe”. Są to Megaphone i Broadcast[Signal]Frequency, pachnące klasycznym oldschoolem na kilometr. Podkręcone tempo, do tego charakterystycznie podbity w górnych partiach bas i agresywne gitarowe solówki, tworzą piękną otoczkę do nieco zdartego już wokalu Tima, który mimo słabnącej formy, wciąż cieszy ucho. To, co rozróżnia te kompozycje w porównaniu z takimi dziełami jak Alive and Well lub Obstructed View, to warstwa liryczna. Najnowsze teksty są niewątpliwie dojrzalsze, dotykają nieco innych problemów, co zresztą jest uzasadnione i jak najbardziej naturalne, gdyż panowie niewątpliwie stali się dorośli już na dobre.

Co się natomiast tyczy wspomnianego kompromisu, to nie da się ukryć, że Wolves obfituje w rzeczy będące gdzieś pomiędzy. Tytułowe Wolves, Parts Per Million czy How Many Walls to najlepsze przykłady synergii tego co „stare”, z tym co „nowe”. Wokal jest tam nieco bliższy melodycznym brzmieniom z Endgame, natomiast warstwa rytmiczna czy sekcje gitarowe przypominają granie sprzed 2006 roku. Tak jak w przypadku wyżej omawianych, tak i tutaj teksty stanowią o sile utworów, gdyż widoczna ewolucja w tej materii pięknie podkreśla rozwój zespołu. Można się oczywiście spierać i mówić, że momentami zahaczamy o komercjalizm, ale są to tak naprawdę czysto subiektywne spostrzeżenia, wywołane rosnącą popularnością grupy.

W moim odczuciu powiązanie sławy i zmiany brzmienia jest tak samo zasadne jak obarczanie konstruktorów wieżowców za swój lęk wysokości – to nie ma sensu. Co więcej, to właśnie te miłe dla ucha i skoczne melodie tworzą wokół grupy dobrą aurę. Piosenki takie jak Far From Perfect, Mourning in Amerika czy The Violence, choć bardzo proste w swej budowie, pokazują, że czasami po prostu trzeba postawić na swoim. Bo choć życie, jak i muzyka, to sztuka kompromisu, to jednak warto mieć je w swoich rękach.

Exit mobile version