Cokolwiek teraz robicie, przestańcie natychmiast! W Mieście Wiecznej Melodii pojawiła się wyjątkowa, choć całkiem zwyczajna Supergwiazda, która swoją muzyką chce Was zabrać w niesamowitą podróż z Londynu do Tokio i z powrotem, i to dobre kilka razy. Oto najbardziej odlotowa, i to dosłownie, debiutantka tego roku i jej równie odlotowe dzieło. Oto Rina i jej SAWAYAMA!
Muzycznie Daleki Wschód od zawsze miał wiele do zaoferowania swojemu potencjalnemu fanowi. Poczynając od znanego już dziś powszechnie k-popu i j-popu, aż po silnie japońską scenę muzyki noise. Jednak z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu, na Zachodzie ze świecą było szukać artystów, którzy byliby pomostem między tymi światami. Choć Rina Sawayama próbowała swoich sił w muzycznym biznesie już od paru lat i to z takimi sukcesami jak Cherry, Ordinary Superstar (mój osobisty ulubieniec) i Cyber Stockholm Syndrome, nie było w tym nic na tyle ekstraordynaryjnego, bym piał z zachwytu tak jak właśnie dziś. Zatem w dużym skrócie – SAWAYAMA z impetem wjechała do mojego szarego świata na połyskującym tęczą jednorożcu, ubrana cała jako śnieżnobiała japońska cesarzowa, pozostawiając mnie bez krzty komentarza i z opadniętą szczęką do samej ziemi, a nawet trochę poniżej jej poziomu. Jednak będąc zmuszonym wyrobić redakcyjny limit pięciuset znaków, rozwinę swoją pstrokatą myśl, próbując wytłumaczyć Wam zachwyty, które targają mną jakie jeszcze nigdy w swoim redakcyjnym życiu.
Debiutancki album Riny wypełniła chyba każdą możliwą rubrykę w kwestionariuszu pod tytułem „Najbardziej zajebisty album koncepcyjny, gdy Lemonade już nim nie jest”. Seksowne bity – są! Elektryczna gitara – jest, i to nie jedna! Saksofon – proszę bardzo! Niezliczone odwołania do mangi – jak najbardziej! Piękna opowieść o życiu, a morał znajdziecie w załączniku – oczywiście! Łzy wzruszenia – bez nich ani rusz! Duszę, co można jeść jak najlepsze na świecie lody czekoladowe – istne tsunami! I żadne z tych stwierdzeń nie jest w moich ustach ani trochę przesadzone.
SAWAYAMA to jedyna w swoim rodzaju opowieść o tym jak to jest żyć w dwóch zupełnie odmiennych od siebie światach, gdzie pięknie są tylko chwile, które okraszają trudy gorzkiej codzienności. Choć jest to album koncepcyjny, tak równie fantastycznie sprawdza się jako klasyczny album z świetnymi kompozycjami, przy których można się bezrefleksyjnie zatopić i to bez większych wyrzutów sumienia. Słuchając debiutu Riny za każdym razem miałem wrażenie jakbym oglądał pełnometrażową kinową produkcję, siedząc wygodnie w fotelu, kontemplując świetną reżyserię, utożsamiając się z głównymi bohaterami i ich perypetiami oraz delektując się tym, co po prostu widzę. Dlatego też nie dziwi mnie moja niechęć, do zdradzenia Wam zbyt wielu szczegółów tej historii, byście mogli samodzielnie odkryli jej fabułę oraz spektakularny finał. Wystarczy jedynie uważnie spoglądać do tekstów wszystkich zgromadzonych na krążku piosenek, a ta futurystyczna baśń sama będzie się pisać przed waszymi niedowierzającymi oczami.
Czysto muzycznie, SAWAYAMA to eklektyzm i postmodernizm w swej najczystszej postaci. Ostre heavy metalowe riffy przeplatają się co rusz z elektronicznymi bitami, bądź sensualnymi rytmami R&B, by później to wszystko jeszcze zmiksować z ultranowoczesną stylistyką kolektywu „PC Music”, japońskimi inspiracjami, które aż eksplodują od feerii kolorów i pomysłowości, oraz wisienką na torcie w postaci kompozycji Ludwiga van Beethovena.
Debiut Riny to nie tylko mieszkanka jej osobistych szaleństw, ale również czerpanie i przetwarzanie tego, co muzyka popularna dała nam najlepszego. Dzięki utworowi XS, Britney Spears dostała w swe zgrabne rączki gitarę zespołu Metallica. W Bad Friend Ariana Grande została Śpiącą Królewną bezsennych tokijskich nocy. Przy okazji Dynasty oraz Who’s Gonna Save You Now? Queen stali się jeszcze bardziej glam rockowi, niż kiedykolwiek wcześniej. Zaś wszystkie amerykańskie chóry gospel zmieniły kolory swoich szat na te charakterystyczne dla lat 90, występując jednocześnie w takich klasykach telewizji tamtych czasów jak „In Living Color”, czy „Bajer z Bel Air”. I pomyśleć, że to dopiero wierzchołek niezwykłych popkulturowych kolaboracji, które Rina zgromadziła na SAWAYAMA. Tutaj żadna piosenka nie nudzi nawet na jedną milisekundę, bo dumnie stoi na nogach swoich licznych inspiracji, którym dodaje koloru, charakteru i kontekstu wziętego z życia samej autorki.
Choć teksty nie są wyróżnikiem tego albumu, bo tą rolę odgrywa tutaj sama muzyka, to jednak komplementują melodię, w ramach której wybrzmiewają. Można w nich dostrzec całkiem spore pokłady słownych igraszek, jak w przypadku chociażby tytułu utworu XS (czyt. excess, czyli nadmiar), tak nie są one, ani wymuszona, ani jednostkowym wypadkiem przy pracy. Co tu dużo mówić, tu nie ma lirycznie słabych momentów. Wszystkie piosenki, włącznie z tą czternastą, ekskluzywną na terenie Japonii, są perfekcyjne i nawet jako pop poezja znalazłaby swoich wiernych fanów.
SAWAYAMA to jedyne takie muzyczne wydarzenie tego roku. Rina Sawayama pozamiatała swoim debiutanckim dziełem absolutnie, nie pozostawiając we mnie żadnej wątpliwości, że miałem do czynienia z najbardziej niezwykłym albumem, jaki przyszło recenzować, jak również usłyszeć w swoim życiu w ogóle. Jeśli jest ktoś, kto jest wstanie to przebić, to widzę tylko jedną kandydatkę, ale o tym za parę miesięcy. Tymczasem wracam do Miasta Wiecznej Melodii, które od dziś jest pod panowaniem Cesarzowej SAWAYAMY.

