Pięknie było, ale się skończyło. Przez prawie rok żaden z singli Rihanny nie osiągnął większej popularności. Co jej się stało, że sprawiła nam taki prezent? Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy i już teraz możemy udać się do sklepów po kolejną (siódmą już; czy ona przypadkiem nie ma ustalonego limitu: „tyle krążków w ciągu x lat musisz wydać”?) płytę wokalistki – Unapologetic.
We wrześniu ukazał się pierwszy singiel promujący wydawnictwo – Diamonds. Musiałem przesłuchać go z pięć razy, żeby ze smutkiem stwierdzić, że podobał mi się. RiRi obrała zupełnie inny kierunek muzyczny niż wcześniej. Takiej piosenki na Loud czy Talk That Talk nie znajdziecie. To mieszanka nieco ambitniejszego popu, elektroniki z elementami R&B oraz soulu. Muzyka bardzo mi się podoba. Gorzej z samym wykonaniem. Rihanna w niektórych momentach brzmi jak koza. Nie traktuję tego jako jakiś wielki minus. Po prostu wiem, że wokalistka ma bardzo słaby wokal i nie warto się nad nim rozwodzić. Pełny pozytywnych emocji usiadłem do Unapologetic. A co otrzymałem?
Za produkcję krążka odpowiada znany już zestaw ludzików. Po raz kolejny mamy więc współpracę z grupą StarGate (którzy odpowiadają za takie hity piosenkarki jak: Unfaithful, Don’t Stop the Music, Only Girl (In the World), S&M i tak dalej, i tak dalej…). Oprócz nich Rihanna zaprosiła do studia rapera i producenta The-Dream (wcześniej nagrali razem m.in. utwory Birthday Cake oraz Hard) czy Davida Guettę (pamiętacie jeszcze ich nieudane Who’s That Chick?). Ok, produkcję mam załatwioną. Teraz już wiem, kto odpowiada za tą porażkę.
Mógłbym jeszcze długo gadać, że wokalistka się sprzedała itp., przejdźmy jednak do samej muzyki z Unapologetic. Poza singlowym Diamonds do przystępnych utworów zaliczam Love Without Tragedy / Mother Mary. Piosenka składa się z dwóch części. Pierwsza (Love Without Tragedy) bardzo mi się podoba. Gdyby uciąć utwór tylko do tego kawałka (nieco ponad 2 minuty), z miejsca trafiłby na listę moich ulubionych z tego albumu. Kolejna część – Mother Mary – znacznie mniej mi się podoba. Niby jest przyjemna, ale bardzo nudna.
Na tych dwóch kończy się moja niezwykle długa lista utworów, które są moim zdaniem dobre znośne. Wszystkich nie będę opisywać, bo po prostu ciągle musiałbym powtarzać te same określenia: słabe, beznadziejne, nienadające się do słuchania. Zainteresowało mnie jednak Nobody’s Business. Nie dlatego, że śpiewa w nim Chris Brown (jego partia jest chyba najsłabsza); zaciekawił mnie sampel z piosenki The Way You Make Me Feel Michaela Jacksona. Brak poszanowania dla artysty. Utwór może do tych najstraszniejszych nie należy, ale nadal uważam, że popsuli tak dobry numer. Nobody’s Business to nie jedyny duet z tej płyty. W Numb pojawia się Eminem. Aż dziwne, że postanowił wziąć udział w nagrywaniu tak słabego numeru. Zupełnie bez energii, w dodatku strasznie irytuje. Loveeeeeee Song psuje pojawiający się raper Future. Zupełnie nie podoba mi się jego wokal. Wyprodukowanego przez Davida Guettę Right Now nawet nie skomentuję…
Teksty, teksty, teksty… Te z poprzedniej płyty wołają o pomstę do nieba. Tutaj większość jest ckliwa, o miłości, ale do przeżycia. Tylko czasem zdarzają się takie, które wyraźnie odstają od pozostałych (Phresh Out the Runway, Numb). Wydaje mi się, że Rihanna po prostu jest tak prostą (nie powiem, że wiejską, bo nie chcę obrażać ludzi mieszkających na wsi) dziewczyną, że musi w piosence chociaż jedno zdanie wtrącić o seksie czy tym podobnych tematach.
Co tu niby napisać w podsumowaniu? Płyta jest przepełniona nijakimi, w większości przypadków po prostu słabymi utworami. Jedynie dwa (Diamonds, Love Without Tragedy / Mother Mary) jako tako się bronią, jednak nie powiem, że je lubię, bo byłoby to po prostu kłamstwo. Niestety, Rihanna już chyba nigdy nie powróci do klimatów dancehall i reggae, które tak ładnie przedstawiła na Music of the Sun czy A Girl Like Me. Ba, żeby chociaż nagrała krążek na poziomie Loud lub Talk That Talk. A tymczasem – rozczarowanie.
