Rok 2020 z pewnością zapisze się w historii jako ten, który został zdominowany przez kobiety hip-hopu. Wśród nich znalazły się takie raperki jak Megan Thee Stallion, duet City Girls, Bree Runway, czy bohaterka dzisiejszej recenzji, czyli Rico Nasty. Po ponad czterech latach tworzenia nieco skromniejszych projektów, w końcu przyszedł czas na jej pierwszy pełnoprawny album zatytułowany Nightmare Vacation. Zatem czy ten wakacyjny koszmar jest świątecznym marzeniem dla fana rapu oraz samej Rico?
Zacznę od tego, że oficjalny debiut Rico Nasty niewiele ma w sobie ze stereotypowej wakacyjnej atmosfery, której melodia jest lekka, a jej głównym zadaniem jest pobudzić słuchacza do nonszalanckiego tańca. Koszmarem też z pewnością nie jest, bo choć przeważa w nim charakterystyczna dla Rico szorstkość, udało mi się w nim odnaleźć sporą dawkę przyjemności, płynącą z jego słuchania. Tym samym wydawałoby się, że nie jest źle, prawda? Otóż nie do końca, ponieważ największym grzeszkiem Nightmare Vacation jest nikła różnorodność, jeśli chodzi o tworzące go dźwięki. Skąd więc taki zarzut z mojej strony?
Rico Nasty dała poznać się publiczności jako utalentowana raperka, która niczym kameleon umie dostosować się do różnych artystycznych warunków. Swoje niezaprzeczalne umiejętności wykorzystała współpracując zarówno z eteryczną Kali Uchis, zabawną Doja Cat, dziką Bree Runway, czy dojrzałym Aminé. Jednak Nightmare Vacation nie ma w sobie tego zróżnicowania, które dało Rico szasnę na zaistnienie w świadomości masowej publiczności, co uczyniłoby jej debiut bogatszym w niecodzienne melodie. Mimo to, debiut Nasty stanowi pokaz jej autorskiej, nierzadko eksperymentalnej twórczości, która choć czasem nieporadna, jest bardzo obiecująca i interesująca, tym bardziej mając na uwadze jej konkurentki z hip-hopowej branży.
Nightmare Vacation wyróżnia się twórczą spójnością w ramach swojej stosunkowo obszernej listy piosenek. Żadna z nich nie odstaje od reszty, zarówno jeśli chodzi o styl, jak i aspekt techniczny. Tutaj nie ma złych piosenek, choć niektóre z nich powielają wykorzystane już wcześniej pomysły, co w szczególności daje się we znaki, gdy zmierzamy do końca całego albumu. Mam tu przede wszystkim na myśli trio STFU, Girl Scout oraz 10Fo, gdzie to STFU jest najbardziej oryginalnym utworem, a te następujące po nim wydają się mniej inspirującymi wariacjami na jego temat. Nie zmienia to jednak faktu, że słuchanie tego krążka przynosi wiele przyjemności, choć wynika to przede wszystkim z całościowego charakteru Nightmare Vacation, niż przebojowości pojedynczych utworów. To nie jest album do zabawy, bo to solidny rap, który wspomaga się równie solidnym dźwiękiem.
Za produkcję debiutu Rico Nasty odpowiada całkiem zacne grono twórców, a w szczególności 100 gecs oraz jego współczłonek Dylan Brady, który najlepiej wywiązał się ze swojego producenckiego zadania. IPHONE to najbardziej charakterystyczna kompozycja, która z pewnością zasługuje na uwagę słuchaczy, lecz to OHFR? najlepiej wpisuje się w charakter samej Rico, dzięki czemu najłatwiej wpadła mi w ucho. Co do pozostałych propozycji 100gecs, czyli Let It Out oraz Pussy Poppin, te nie wyróżniły się niczym szczególnym, gdzie wręcz ten drugi jest najgorszym, co znalazło się na Nightmare Vacation. Spośród pozostałych utworów, z pewnością będę wracać do subtelniejszego od całej reszty Own It, ostrego jak brzytwa STFU oraz nadającego energii całemu albumowi Candy. W istocie najlepszym sposobem na słuchanie tego albumu, jest po prostu wciśnięcie guzika „play” i czerpania radości z tego, co można usłyszeć.
Rico Nasty za sprawą swojego debiutu pokazała kim obecnie jest jako raperka, mając za sobą całkiem spory bagaż muzycznych doświadczeń. Choć Nightmare Vacation nie jest wolne od problemów, tak nie sposób go nie docenić za jego charakter oraz osobowość samej Rico. Pierwszy krok został postawiony, by stać się jedną z najistotniejszych przedstawicielek swojego gatunku, a nawet i muzyki w ogóle. Pora przekuć koszmar w marzenie, czego życzę jej z mego całego brzmiącego serca.

