10 lat w muzyce rozrywkowej to wieczność – a tyle dokładnie trwała przerwa Reni Jusis w tworzeniu muzyki elektronicznej, pomiędzy Magnesem (2006) a fenomenalnym BANG! (2016). W tym czasie pojawiło się nowe pokolenie słuchaczy, a dotychczasowe musiało odkryć Reni na nowo. Piątkowy koncert promujący płytę Ćma (2018) był wart każdej poświęconej mu chwili– piosenkarka błyszczała (dosłownie!), przyciągała i pozostała w pamięci na długo.
Również sam koncert wymagał odkrycia – do Warszawy przyjechałem specjalnie na koncert, a klub Metropolis, ukryty w gąszczu warszawskiego Śródmieścia, odnaleźć można było wyłącznie po niemałej kolejce oczekujących na otwarcie.
Na pierwszą część niemal dwugodzinnego koncertu składały się wyłącznie utwory z Ćmy. Reni Jusis sprytnie budowała dramaturgię, rozpoczynając od Jeżeli porcelana, to wyłącznie taka i Zabierz mnie na pustynię bez postów. Następnie przyszedł czas na hity – Ćmę oraz Tyle Miłości, które publiczność śpiewała tak głośno, że niemal zagłuszała muzyków. Moje gardło nadal nie doszło do siebie i jestem bardzo z tego dumny. Do trance’owego So Far dołączył MaJLo, który towarzyszy artystce również na płycie, a podczas Bez Filtra, mocnego komentarza do współczesnego kultu piękna, spadła ilość smartfonów wyciągniętych w górę i wyczuć można było skupienie, co jest niemałym osiągnięciem na popowym koncercie. Na zakończenie pierwszej i otwarcie kolejnej części, Reni Jusis porwała się na wykonanie prawdziwego klasyku disco – I Feel Love Donny Summer. Melduję jednak, że wyszło doskonale (a zaznaczę tylko, że repertuar Donny Summer traktuję na granicy świętości).
Druga część koncertu należała do publiki, która z kuli dyskotekowej losowała karteczki z tytułami piosenek. Mogliśmy usłyszeć zarówno nowsze utwory, chociażby Zombi Świat z BANG!, jak i prawdziwe klasyki pokroju Jakby Przez Sen (Nigdy Ciebie Nie Zapomnę), czy nieśmiertelne Kiedyś Cię Znajdę. Pojawiło się również mniej oczywiste Kto Pokocha z Trans Misji, które spotkało się z euforycznym przyjęciem widowni.
Reni Jusis zadbała, by również dla oczu nie brakowało wrażeń. Kilkakrotnie zmieniała stroje (spod igły duetu Paprocki&Brzozowski), spośród których najbardziej zapadł w pamięć lustrzany kostium, widoczny również na okładce płyty. Na żywo robił piorunujące wrażenie, zamieniając piosenkarkę w żywą kulę dyskotekową, efektownie igrającą ze scenicznym światłem. Drugim strojem wartym podkreślenia był z pozoru prosty kostium z niemal dziecięcym malunkiem tęczy i napisem „LOVE”. Lepszych okoliczności dla niego być nie mogło – Metropolis należy do najpopularniejszych klubów gejowskich w stolicy, a Reni Jusis urosła ostatnio do rangi ikony LGBT w Polsce. Dokonała tego poprzez swoją twórczość i działalność, a nie na pokazówkę w mediach, za co szczerze chylę czoła.
Na koniec pozostaje mi tylko dodać, że Reni Jusis, z takim repertuarem i taką charyzma, zasługuje na większe sceny i rozgłos. Doskwierał nieco ścisk i nadużywanie gościnności baru przez kilka osób, to jednak tylko drobiazgi wobec świetnej muzyki, pierwszorzędnej zabawy i mnóstwa miłości. Artystka ściskała wyciągnięte ręce, wchodziła w tłum i dawała ponieść się muzyce w transowych niemal choreografiach. Nie ma co się dziwić, że fani ciągną na koncerty Reni Jusis niczym ćmy do światła. Czekam już na kolejną płytę – i kolejne koncerty.

