Site icon All About Music

Relacje na własnych zasadach. Julia Wieniawa – Światłocienie, 2025 (recenzja)

Mimo, że odizolowała się na jakiś czas od celebryckich ścianek, Julia Wieniawa wciąż pozostaje jedną z najczęściej komentowanych w polskim Internecie artystek, które w bezpardonowy sposób polaryzują widownię. Podczas gdy jedna połowa Polski uparcie zaprzecza, że ta dziewczyna ma jakikolwiek talent, a druga połowa boi się głośno przyznać, że ma go w nadmiarze, Julia konsekwentnie udowadnia na każdym kroku, że nie jest tylko celebrytką znaną z plotkarskich portali, lecz ma do zaoferowania znacznie więcej kolorytu niż przeciętna śpiewająca celebrytka. Trzeba przyznać, że niewielu jest w Polsce artystów, którzy, brylując w głównym nurcie muzycznym, potrafią wzbudzać tak duże zainteresowanie swoją osobą, a jednocześnie wydawać wartościową i nieszablonową muzykę. Julia Wieniawa, która w przerwie od kupowania kolejnych nieruchomości postanowiła podzielić się ze słuchaczami nowym wydawnictwem, udowadnia, że potrafi też realizować swoje artystyczne ambicje.

Po wielu zawirowaniach w życiu prywatnym i zawodowym Julia wreszcie skompletowała materiał, który zaprezentowała w postaci albumu zatytułowanego Światłocienie. Na nowy krążek przyszło nam czekać ponad trzy lata, ale – jak przyznaje sama artystka – podejść do drugiego albumu było aż trzy. W tym czasie Wieniawa ugruntowała swoją pozycję na rynku muzycznym i udowodniła, że muzyka to nie chwilowa zachcianka, lecz kierunek, w którym planuje konsekwentnie podążać. I jak dotąd idzie jej bardzo dobrze.

Wyczekiwałem tego albumu już od premiery pierwszego singla. Julce wreszcie udało się dotrzeć z nim do radia i zdawało się, że artystka mocno skręci w stronę radiowego popu. I absolutnie nie ma w tym nic złego – obecnie polski mainstream znajduje się w głębokim kryzysie, a dobrego popu jest u nas jak na lekarstwo. Utwory Nic nie zmieni?, Nad morze oraz Popłyniemy rzeczywiście zwiastowały najbardziej popową erę artystki. Jak się jednak okazało, żaden z tych numerów ostatecznie nie trafił na album.

Zdecydowanie czuć, że artystka miała wizję, jaki album chce stworzyć. W wywiadach powoływała się na twórczość FKA twigs i Sevdalizy, które miały być dla niej inspiracją do stworzenia nowej muzyki. Finał tej próby jest taki, że poznajemy dwa oblicza Julii – jedno bardzo sensualne i zadziorne, ukazane za pomocą klubowych, elektronicznych brzmień, okraszonych odważnymi, bezpośrednimi i nonszalanckimi tekstami, drugie z kolei – nostalgiczne, wyważone, skłonne do refleksji, przejawiające się w lekkich, spokojnych melodiach oraz pełnych przemyśleń wersach. Te światła i cienie idealnie spaja jednak obserwacja rzeczywistości, analiza i wyciągane z niej wnioski, które Julia zamienia w piosenki.

Pierwszy singiel, a zarazem utwór otwierający album – Sobą tak – świetnie wprowadza słuchacza w klimat krążka. Artystka przyznaje, że wers „Jeszcze nigdy się nie czułam sobą tak” idealnie podsumowuje moment życia, w jakim się znajduje. Kolejny utwór – Kocham – doskonale dopełnia przesłanie, które zarysowało się po pierwszym kawałku: Julia śpiewa o pewności siebie, samoakceptacji, odwadze w wyrażaniu emocji i w budowaniu relacji z samym sobą a przy okazji celebruje kobiecość oraz niezależność. Z pewnością niejednej osobie trudno będzie uwierzyć, że ktoś taki jak Julia Wieniawa mierzy się z kompleksami. Szczególnie Kocham może być utworem, po którym wielu słuchaczy i słuchaczek pomyśli, że nie dziwi się wokalistce, iż kocha każdą część swojego ciała i taką piosenkę powinien śpiewać ktoś, kto rzeczywiście może mieć problem z zaakceptowaniem samego siebie. Trzeba jednak przyznać, że Kocham niesie uniwersalne przesłanie – jest manifestem i hołdem oddanym zarówno niedoskonałościom, jak i doskonałościom ludzkiego ciała.

Na ustach, Będę tam i Wybaczam to utwory, z których wybrzmiewa prawda o osobistych przeżyciach artystki. Słychać, że wokalistka miała o czym pisać i co analizować. W Wybaczam, gdzie Julia pokazuje swoje największe atuty wokalne i delikatnie „poleruje” głosem każdy wers, czuć pewnego rodzaju katharsis oraz chęć oczyszczenia głowy po nieprzyjemnych, wyczerpujących psychicznie doświadczeniach. Swoją subtelną narrację artystka kontynuuje na kolejnym utworze – Kolor. Julia opowiada w nim o zmianach, jakie zachodzą w każdym z nas, oraz o procesie kształtowania własnej tożsamości.

Na szczególną uwagę zasługuje ostatni, na ten moment, singiel z płyty – Skoki w bok. Wieniawa, jakby chcąc potwierdzić przesłanie płynące z wcześniejszego numeru, zaskakuje i pokazuje całkiem nowe oblicze. To utwór, w którym naprawdę dzieje się dużo dobrego. Przede wszystkim tekst – prosty, ale treściwy i konkretny. Artystka demaskuje schematy relacji, w które często wpadamy, nie ocenia jednak, a jedynie punktuje pewne zachowania, myśli i emocje. Całość brzmi bardzo świeżo i zdecydowanie wyróżnia się na tle albumu jako jego najmocniejszy punkt. Interesujące outro tego utworu zostało świetnie wykorzystane w teledysku, którego nie sposób nie docenić ze względu na ogrom pracy, wizję i estetyczne wykonanie. W czasach miernych produkcji teledyskowych w Polsce takie obrazki zdecydowanie zasługują na oklaski.

Podobną tematykę Julka porusza w Tanich komplementach – bardzo tanecznym, sensualnym numerze, który wprowadza w klimat kolejnego utworu, Tańcz jak ci zagram. Oprócz Wieniawy możemy w nim usłyszeć Dziarmę. Od razu słychać tu wiele eksperymentów – nie tylko w warstwie muzycznej, lecz także wokalnej. Pojawiają się modulacje i zabawa autotune’em. To kolejny track, na którym Julka próbuje czegoś nowego i zaskakuje awangardowymi – jak na polski pop – rozwiązaniami.

U mnie to, moim zdaniem, drugi najlepszy utwór z albumu. Głos Julii wprowadza słuchacza w nowy wymiar doświadczenia, a nieoczywista zmiana tempa w refrenie nadaje całej kompozycji nostalgiczną, zmysłową i oniryczną aurę. Subtelność, którą Wieniawa uwiodła mnie na Omamach, pojawia się tu w jeszcze większym natężeniu. Szybko jednak wracamy do tej mrocznej i zadziornej Julii, bo następny utwór – Lubię – to piosenka, w której wybrzmiewa frywolność i bezwstydna kokieteria. Bardzo doceniam, że artystka nie bała się pisać wprost o pożądaniu i o „chodzeniu do kina, ale nie na film”. Podoba mi się ta odwaga i nazywanie rzeczy po imieniu. Zuchwale i stanowczo, niczym w stylu współczesnych raperów i raperek, Wieniawa wykłada kawę na ławę, nie myśli o konsekwencjach, poniekąd prowokując i uwodząc.

Spójność tematyczną albumu dobrze obrazuje utwór Nie będziemy tęsknić, ale w tym momencie odbiorca mógłby się zatrzymać i zarzucić Julii monotematyczność, bo dostajemy kolejną piosenkę o przelotnych relacjach. Artystka śpiewa w niej o wyzbyciu się emocjonalnego przywiązania do drugiej osoby i skupieniu się wyłącznie na fizycznym zaspokajaniu swoich potrzeb – „Jestem tu na chwilę, kocham moje błędy”. Porównując wcześniejsze Lubię do Nie będziemy tęsknić, tutaj podmiot wykazuje się większą autorefleksją – patrzy trzeźwo na sytuację, w której się znajduje, zwracając uwagę, że kieruje się wyłącznie chwilową przyjemnością. W tym wszystkim wyczuwalna jest przede wszystkim świadomość i akceptacja popełnianych błędów.

Album zamykają dwa optymistyczne utwory – Szpilki oraz Od nowa. Ten pierwszy utwór budzi skojarzenia z Arianą Grande, przypominając nieco jej ostatnie kawałki. Gdyby dorzucić do niego jeszcze Julię Rocką, Julię Żugaj (gdyby potrafiła śpiewać), Julię Marcell, Julię Pietruchę i Julię Kamińską to powstaje enklawa, która mogłaby śmiało starać się o niezależność administracyjną. Mimo tego, skład tych trzech Julek i tak zacny, a kawałek buja od pierwszej do ostatniej nuty. Przy finałowym numerze można pobujać się dalej, bo Od nowa to bardzo klubowy numer, z pozytywną puentą, emanujący nadzieją i pewnością siebie. Ta piosenka jest jak długo wyczekiwany wydech i ulga – nie dlatego, że jest ostatnia, lecz dzięki optymistycznemu spojrzeniu w przyszłość. Idealnie domyka cały album.

Muszę przyznać, że każdy utwór sprawił mi ogromną frajdę i z ciekawością czekałem, co artystka zaprezentuje w kolejnym. Julia zaskakuje, a przy tym pozostaje bezkompromisowa i konsekwentna – cały materiał jest niezwykle spójny: tematycznie, stylistycznie i kompozycyjnie. Bezpośrednie, ale niebanalne teksty, chwytliwe, lecz nieoczywiste melodie i świetna produkcja sprawiają, że Światłocienie to pop na bardzo wysokim poziomie, którego w naszym kraju zdecydowanie brakuje. W zalewie miałkich, powtarzalnych i nijakich radiówek dobrze trafić na album, który – mimo mainstreamowego brzmienia – wykazuje się kreatywnością, wprowadza nową jakość, a przy tym jego cała otoczka wizualna jest przemyślana i dopracowana. Julia mimo tego, że zdarza jej się pleść w wywiadach czasem różne głupoty, to w jej tekstach biedy zdecydowanie nie ma.

W porównaniu z Omamami, Światłocienie są bardziej bezpruderyjne, zmysłowe, nieco aroganckie, odważne i samoświadome. W swojej kategorii album spełnia wszystkie wymogi girlypopu, ale nie popada w pretensjonalność. Tematycznie skupia się głównie na relacjach – z partnerami, otoczeniem i samą sobą. Można dyskutować, że mógłby być mniej monotematyczny i zarzucić mu ograniczenie tekstów do jednej płaszczyzny i do jednej tematyki. Jednak moim zdaniem, gdyby pojawiły się na nim inne treści, całość straciłaby na spójności i wiarygodności, a zbyt manieryczna i kwiecista forma zaburzyłaby przekaz i koncepcję. Taka niepokorna Julia, która opowiada o swoich relacjach w bezkompromisowy i prowokacyjny sposób, naprawdę mi się podoba. Liczę na to, że kolejny album będzie jeszcze odważniejszy i bardziej eksperymentalny, bo skoro polskiej publiczności wciąż tak trudno docenić ją za twórczość, to Julia nie ma już nic do udowadniania – może się jedynie realizować i bawić muzyką.

Exit mobile version