Za nami jedno z ważniejszych i większych wydarzeń muzycznych roku 2014. Byliśmy tam. Oto nasza relacja z pierwszego dnia Orange Warsaw Festival 2014. Na koncerty tego dnia wybrali się dla Was Łukasz Mantiuk, Zuzanna Janicka i Filip Wiącek. Przeczytajcie jak bawiliśmy się na Pixies, Queens of the Stonge Age, Lily Allen i Kings of Leon. Oto nasze obszerne relacje z dnia pierwszego!
Pixies
Zuzanna Janicka
Filip Wiącek
Członkowie zespołu swoje lata już mają. Naprawdę, do młodych ludzi na pewno nie należą. I są tym samym najlepszym potwierdzeniem, że wiek to tylko liczba. Obycie na scenie i długoletnie doświadczenie, a przede wszystkim ten rock’n’roll, który wessali chyba z mlekiem matki, robią swoje. Ich występ był niesamowicie energiczny, dynamiczny i skoczny. Każdy dał z siebie wszystko. Wokalista i gitarzysta Black Francis, choć nie odzywał się często, sprawiał wrażenie niesamowicie charyzmatycznego, a przy tym brzmiał naprawdę świetnie. Joey Santiago bardzo zaimponował mi nietypową solówką. W końcu David Lovering – naprawdę dał czadu na perkusji. Wielu młodych artystów powinno brać z niego przykład.
Utworów Pixies zagrali sporo – aż 23. Mnie szczególnie spodobały się wykonania piosenek Here Comes Your Man, Vamos czy Monkey Gone to Heaven. No i nie można zapomnieć o nieśmiertelnym, zamykającym koncert Where Is My Mind?. Ogólnie rzecz biorąc, podobało mi się bardzo, nawet żal po odwołaniu The Pretty Reckless trochę się zmniejszył. Poza tym gdyby Pixies zdecydowali się na osobny koncert w Polsce, chętnie bym się wybrał. Tej radości, którą dał mi ich występ, długo nie zapomnę.
Queens of the Stonge Age
Zuzanna Janicka
Grupa na scenie pojawiła się po godzinie 20. Wokalista (i zarazem gitarzysta) Josh Homme wyszedł ubrany w długi płaszcz (czyżby obawiał się pogody? Spokojnie, nasz stadion wybudowany za grubą kasę ma w końcu dach. Czasami działający), który po wykonaniu pierwszego utworu (You Think I Ain’t Worth a Dollar, But I Feel Like a Millionaire) zdjął. Z mojego ukochanego albumu bawiliśmy się m.in. przy My God Is the Sun, Smooth Sailing, I Sat By the Ocean oraz If I Had a Tail. Cieszę się, że zespół wykonał piosenkę The Vampyre of Time and Memory, która jest dla mnie potwierdzeniem geniuszu Queens of the Stone Age. Koncert dopełniły takie kawałki jak No One Knows, The Lost Art of Keeping a Secret, Monsters in the Parasol, Little Sisters czy Sick, Sick, Sick. Wielką euforię wywołała piosenka Make It Wit Chu, która znana jest z pewnością nie tylko zagorzałym fanom Queens of the Stone Age. Półtoragodzinne widowisko zakończył utwór A Song For the Dead, zagrany tak świetnie, energicznie i żywiołowo, że nie było osoby, która stałaby w miejscu i nie bawiła się wraz z zespołem i zgromadzoną pod sceną publicznością.
Jak to często bywa po koncertach, czuć mały niedosyt. Wprawdzie zespół dał z siebie nie 100%, lecz 200%, ale absolutnie perfekcyjnie by było, gdybyśmy usłyszeli balladę …Like Clockwork lub wspaniałe I Appear Missing. Mimo tego koncert Queens of the Stone Age mogę spokojnie obwieścić najlepszym show tegorocznego OWF.
Filip Wiącek
To, co zespół zaprezentował na scenie, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Szaleństwo nie miało końca, miałem wrażenie, że każdy kolejny utwór był coraz bardziej dynamiczny. Josh i chłopaki na scenie byli wulkanem energii! Choć uwielbiam ich nagrania w wersjach studyjnych, nie mają one nawet startu do tych na żywo. Pod sceną nie było chyba osoby, która nie pomachałaby choćby głową. Dla tych bardziej odważnych było genialne pogo. I tu po raz kolejny zaznaczę – kocham Josha Homme’a, wokalistę grupy. Choć słyszałem, że nie należy do zbyt wylewnych osób, na koncercie miał z publiką bardzo dobry kontakt. Zachęcał nas do zabawy, klaskania, no cudnie po prostu.
Utworów było chyba ok. 15. Nie znałem wszystkich na pamięć, lecz przy każdym świetnie się bawiłem. Oczywiście – No One Knows czy Make It With Chu to klasyki i są genialne. Bardzo spodobały mi się ponadto kawałki z ostatniego krążka oraz Monsters in the Parasol. A jeszcze jak wykonali jeden z najwspanialszych utworów – ponurą, ale przepiękną balladę The Vampyre of Time and Memory – ugięły mi się kolana. Serio, to trzeba zobaczyć na własne oczy. Także, jeśli macie szansę, lećcie na QOTSA. Niezapomniane przeżycie.
Lily Allen
Łukasz Mantiuk
Lily Allen była zaskakująco dobra. Nie spodziewałem się tego. Lubię jej utwory sprzed Sheezusa, a samego albumu Sheezus nie. Jednak wszystko to na żywo brzmiało naprawdę dobrze. Przede wszystkim wokalnie – Lily umie śpiewać. Do tego jest niesamowicie słodka i zabawna. Nawet drobna wpadka z kostiumem jej nie zepsuła humoru (coś się jej chyba zsunęło, ale tego nie widzieliśmy). Fuck You, The Fear czy nawet Sheezus na żywo brzmiały znakomicie. Do tego kontakt z publicznością – znakomity. Krótkie żarty, odganianie złej pogody (która była naprawdę zła), śpiewanie z fanami. To był naprawdę świetny koncert!
Kings of Leon
Zuzanna Janicka
Kings of Leon zagrali aż dwadzieścia trzy utwory. Koncert otworzyła piosenka Supersoaker pochodząca z najnowszej, szóstej studyjnej płyty kapeli – Mechanical Bull. Z tego samego krążka usłyszeć można było także: Family Tree, Wait For Me, Temple oraz Don’t Matter. Zabrakło niestety pełnego emocji kawałka Beautiful War, który należy do mojej czołówki nagrań Kings of Leon. Na podium plasują się również takie piosenki jak Closer czy Molly’s Chamber, które również rozbrzmiały w piątek w Warszawie. Zespół zabrał nas ponadto w podróż po wszystkich swoich studyjnych albumach. I tak z debiutanckiego Youth & Young Manhood usłyszeliśmy wspomniany wcześniej singiel Molly’s Chamber; drugi i trzeci krążek przypomniały nam takie piosenki jak Four Kicks, The Bucket, Fans, On Call, My Party. Z bestsellerowego Only By the Night zespół wykonał Crawl, Be Somebody, Notion, Use Somebody. Nie zabrakło również Pyro, The Immortals oraz Radioactive z krążka Come Around Sundown.
Kings of Leon mieli tę wygodę, że grali jako ostatni, więc nie musieli z bardzo przejmować się godzinową rozpiską. Chętnie wyszli na bisy. Zresztą wcześniej nie zagrali swojego przeboju Sex on Fire, a koncert Kings of Leon bez tej piosenki byłby niepełny. Iskry, które poszły pod koniec tego numeru ładnie (i efektownie!) zamknęły nie tylko koncert Amerykanów, ale i cały pierwszy dzień OWF na Orange Stage.
Filip Wiącek
Dobre wrażenie zrobiła na mnie strona techniczna koncertu. Animacje i wizualizacje KOL były zdecydowanie najbardziej profesjonalne ze wszystkich występów na Orange Stage. Wrażenie robiła także gra świateł. Poprawiła się też jakby nieco akustyka. O ile przy poprzednich występach trudno było wokalistów zrozumieć (pogłos), tak na Kings of Leon nie sprawiło to problemów. A jak prezentowała się sama muzyka? Szczerze mówiąc… średnio. Nie znam dokładnie wszystkich płyt grupy, ale miałem wrażenie, że każdy kolejny kawałek był podobny do poprzedniego. Bardzo dobrze bawiłem się za to na tych z nowej płyty: Supersoaker (świetna akcja z glowstickami), fantastyczne Family Tree, Temple czy bardziej dynamiczne Don’t Matter. No i nie wolno zapomnieć o dwóch największych hitach grupy: chóralnie odśpiewanym Use Somebody oraz Sex on Fire, przy którym nie było chyba spokojnie stojącej osoby. Ogólnie był to dość przyjemny koncert, aczkolwiek do dwóch poprzednich się nie umywa.
Łukasz Mantiuk
Powodem, dla którego show mnie nie porwało było na pewno nagłośnienie. Zuza i Filip stali gdzieś w tłumie, mniej więcej pewnie po środku sceny. Coś tam pewnie słyszeli. Ja w sekcji dla mediów, po boku widok miałem znakomity, dźwięk już nie. Dochodził do nas jeden wielki łomot. Było to naprawdę koszmarne. Oczywiście, to nie wina chłopaków. Robili co w ich mocy, aby wyszło dobrze. Koniec końców, Kings of Leon oglądać to zawsze przyjemność, jednak Open’er > Orange.
