Dwudziestokilkuletnia egzystencja na tym świecie stymuluje nas do podejmowania różnych akcji. Dla niektórych jest to wiek, w którym postanawiają się ustatkować, inni dopiero wtedy zaczynają życie, a jeszcze inni… mają te cyferki w głębokim poważaniu. Bo ostatecznie są to tylko ciągi liczb w naszych dokumentach, w archiwach czy bazach danych. Liczy się ślad jaki pozostawimy tutaj – na Ziemi. A gdy jest się jedną z najbardziej rozpoznawanych grup rockowych na świecie, sprawa jest, bądź co bądź, ułatwiona.
Bogata dyskografia zespołu Rammstein nie przeszkadza panom w tym, aby sukcesywnie ją poszerzać, a Rammstein: Paris jest już trzecim albumem koncertowym Niemców. Takie wydawnictwa to z jednej strony fajna ciekawostka dla fanów, którzy byli na którymkolwiek z koncertów, gdyż dzięki nim przypominają sobie jak to było tego i tego dnia, gdy widzieli muzyków w akcji na własne oczy. Z drugiej strony jest to adekwatna możliwość weryfikacji umiejętności, gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości czy warto wybrać się na show robione przez Niemców. Bo w takich kategoriach należy rozpatrywać te występy: show muzycznego okraszonego mnóstwem detali w postaci niebanalnej garderoby czy oszałamiającej pirotechniki.
I jeżeli gdzieś należałoby się doszukiwać słabości wydawnictwa jako całości, to właśnie w połączeniu sfery audio i wizualnej. Bo o ile w połączeniu z obrazkiem wszystko odbiera się z uśmiechem na twarzy, to już po wyłączeniu zmysłu wzroku, zostajemy sam na sam z dźwiękiem, który okraszony jest kilkoma mało wygodnymi momentami. Zdarzają się momenty przerwy, gdy nie dzieje się nic lub niewiele; inną sprawą są przedłużające się solówki lub części instrumentalne: na filmie można łatwo zmieniać kadry i wprowadzać dynamikę, w wersji wyłącznie audio te, krótkie bo krótkie, ale jednak trwające momenty wprowadzają sporo statyki, a nawet znużenia.
Co się natomiast tyczy samej części muzycznej: nie trzeba nikogo przekonywać do tego, że Rammstein jest klasą samą w sobie. Wszystkie piosenki na nagraniu z Paryża są zagrane z wielką starannością, mnóstwem energii, a sam dobór setlisty także jest nieprzypadkowy. Jest to mieszanka wszystkich dotychczasowych płyt, wyważona z odpowiednią dozą wyczucia, biorąc pod uwagę ich istotność i popularność na tle całej dyskografii. Nie mogło tam przecież zabraknąć takich sztosów jak Amerika, Sonne, Keine Lust czy Du Hast.
Dużą robotę wykonali również akustycy i producenci zajmujący się nagłośnieniem i rejestracją całego wydarzenia, bowiem poza kapitalnym brzmieniem instrumentów i odpowiednim doborem poziomów głośności, złapali oni coś, czego wielu tego typu nagraniom brakuje: cudownego ambientu. Momenty, gdy głos przejmuje publika są bardzo dobrze słyszalne, acz nie zaburzają instrumentów czy nie przyćmiewają głównego wokalu. Do tego wszelkie oklaski, okrzyki czy inne, mniej lub bardziej losowe dźwięki, tworzą klimat w pełni oddający atmosferę tamtego koncertu.
Pytanie, jakie rodzi się na koniec, to czy powoli nie robi się z tego sztuka dla sztuki. Ostatni krążek studyjny zespół Rammstein wydał w 2009 roku. Od tego czasu minęło już blisko osiem lat, po drodze grupie przydarzyły się płyty koncertowe, jubileuszowe czy kompilacyjne, lecz perspektywa na nowe rzeczy jest póki co odległa. Z jednej strony człowiek łaknie tych nowości i klnie na zespół, że takowych brakuje, lecz z drugiej być może taka taktyka jest jak najbardziej trafiona. Gdy już nadejdzie ten dzień i na sklepowe półki trafi niemiecka świeżynka, wszyscy jak te sępy rzucą się na nią i Rammstein znów zabłyśnie pełnią blasku.

