Site icon All About Music

Ralph Kamiński wystąpił we Wrocławiu. Fotorelacja Antoniny Tuckiej

 Ralph Kamiński, okrzyknięty jednym z najciekawszych debiutów ubiegłego roku, powrócił do Wrocławia, razem z My Best Band in The World. Występ w Starym Klasztorze odbył się w ramach kontynuacji trasy promującej debiutancki album artysty Morze

Była to już trzecia wizyta piosenkarza we Wrocławiu, w przeciągu ostatnich kilku miesięcy. We wtorek pojawiło się znacznie więcej osób niż na poprzednich wrocławskich koncertach, co nie uszło uwadze Ralph’a, który przekornie skomentował obserwację z uśmiechem mówiąc: „Za pierwszym razem was tylu nie było.”. Trzeba przyznać, że artysta mimo swojej dość krótkiej kariery, ma już spory fan club. Nie dało się nie zauważyć wielu dziewczyn, przy barierkach, w okolicach sceny, trzymających kartki z wydrukowanym konturem serca i wpisanym w niego słowem ’zawsze’. Fanki czekały z niecierpliwością na utwór, którego tytuł widniał na zadrukowanych kartkach. W końcu, gdy usłyszały refren, długo wyczekiwanego numeru, podniosły niemal synchronicznie 'serca’ w górę, tym samym sprawiając ogromną radość Ralph’owi. Zaskoczony piosenkarz, po pierwszej wyśpiewanej frazie refrenu, pospiesznie wypowiedział: „O Boże! Kocham Was!”. Akcja wyglądała niesamowicie (zdjęcia poniżej).

Występ Ralph’a jest bardzo autorskim show. Skrupulatnie zaplanowanym i wyreżyserowanym: od charakterystycznego wchodzenia muzyków na scenę (w plastikowych, ciemnych daszkach na głowach), przez ręcznie malowane płótno (stanowiące scenografię), po swetry, z tym samym wzorem, utworzonym ze złotych cekinów (każdy z muzyków ma go na sobie w trakcie przedstawienia) i intrygujący 'makijaż’ artystów (wszyscy członkowie zespołu, włącznie z piosenkarzem, mają twarze przyozdobione złotym brokatem; każdy ma na twarzy inny wzór ).

Mimo całej teatralnej otoczki wydarzenia i swojej ekspresyjnej natury – Ralph jest w tym wszystkim niezwykle naturalny. Na scenie czuje się bardzo swobodnie, łatwo, chętnie i często nawiązuje kontakt z publicznością. Nieraz nawet zwierzając się jej z przyziemnych utrapień, jak niesprzątający współlokatorzy. Wokalista zdradził też, że przez współpracę z pewnym mężczyzną, narodziło się w nim zamiłowanie do pisania tekstów w języku polskim. Wyjątkiem od tej zasady mógłby być telefon od Beyoncé, jak to żartobliwie zaznaczył sam artysta. Ralph’a cechuje specyficzne poczucie humoru, który świadomie wykorzystuje je do rozluźnienia atmosfery, rozbrajając publiczność i jeszcze bardziej przełamując momentami patetyczny charakter występu. Kolejną odsłoną postaci scenicznej piosenkarza jest jego roztańczona, wręcz 'skacząca’ natura, angażująca ludzi do aktywnego udziału w wydarzeniu.

Nie chcąc zdradzać szczegółów koncertu, dlatego postanowiłam napisać jeszcze o utworze, którego wykonanie na żywo zrobiło na mnie największe wrażenie. Każda kompozycja na albumie Morze jest bardzo osobistym zapisem zdarzeń z życia twórcy, jednak nie mają one jednoznacznego wydźwięku, wręcz przeciwnie. Piosenki są bardzo uniwersalne. Każdy może odnaleźć w nich swoją historię. Jan został napisany przez Ralph’a w geście pamięci dla jego zmarłego dziadka. Wokalista zapowiedział piosenkę, po czym poprosił wszystkich o zapalenie latarek w telefonach i uniesienie ich do góry, w geście upamiętniającym wszystkie dusze, które teraz są w niebie, opiekują się nami, i „załatwiają nasze sprawy”. Kiedy Sala Gotycka została rozświetlona, oczarowany widokiem artysta zaczął subtelnie śpiewać pierwsze wersy utworu, by po chwili przełamać spokój swoim wyrazistym wokalem, ekspresyjnie wyśpiewując przejmujący refren.

Poniżej prezentujemy fotorelację z koncertu.


Exit mobile version