Życie jest pełne cykli: kolejne etapy edukacji, kolejne związki, kolejne podróże i powroty do domu. Ba! Samo życie jest przecież cyklem Matki Ziemi – od poczęcia do śmierci. Budujemy po to, by burzyć. Piszemy po to, by skreślać. Dajemy po to, by czerpać. Brzmi to wszystko trochę jak smutny żart, ale gdzieś w tym gąszczu truizmów kryje się nowa płyta Radiohead: niby tak oczywista, a jednocześnie tak wyjątkowa.
Weirdo, paranoid or no surprises?
Jako się rzekło we wstępie, album nie jest niczym nowym w dyskografii Brytyjczyków. Przełom nastąpił na Kid A i od tamtego czasu brzmienie dalekie jest od gitarowego. Wszak gdyby chcieć umieścić A Moon Shaped Pool w jakąś ramkę, wystarczyłoby jedynie wybrać dowolny gatunek muzyczny i dodać po nim przymiotnik „alternatywny”. Do tego czy ów brzmienie jest ciekawe czy nie przejdę nieco później, niemniej teraz chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na coś innego. Najnowsze dzieło Radiohead jest bodaj najbardziej wybitnym przykładem z ostatnich kilku lat, jak perfekcyjnie można czytać płytę symultanicznie do odsłuchiwania jej.
W tym wypadku litery poematu nieraz formują się same, a nieraz trzeba im trochę pomóc i je znaleźć. Oczywiście – nie bez znaczenia dla powstania krążka jest fakt zeszłorocznego rozwodu Thoma Yorke’a, ale wrzucanie „divorce shit” do każdego tekstu jest błędne co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze: część piosenek powstała w trakcie sesji nagraniowych do poprzednich albumów (najstarsze True Love Waits datowane jest na 1995 rok! sic!), więc i ciężko momentami o korelację. Po drugie – to teksty Thoma Yorke’a. On przecież na każdej płycie pisze tak, jakby właśnie co wziął rozwód lub przeżył śmierć bliskiej osoby. Jak stwierdził producent najnowszego albumu:
Thom musiał czuć, że ten utwór ma swoje potwierdzenie, że jest powód aby znalazł się na płycie. Mogliśmy oczywiście nagrać True Love Waits na dowolnym krążku i spowodować, że zabrzmi jak John Mayer, lecz żaden z nas tego nie chciał.
Takich historii odnośnie innych piosenek jest więcej.
Lirycznie jest to zatem mieszanka rozgoryczenia po utraconej miłości i uniwersalizmu charakteryzującego teksty Radiohead. Dobrym przykładem tego drugiego jest utwór The Numbers. Z jednej strony można czytać go jako manifest przeciw traktowaniu ludzi jak numery, z drugiej zaś, ci bardziej dociekliwi słuchacze dopatrzyli się koncepcji znaczenia jednostki w kontekście globalnego ocieplenia. Sugestią do tego toku rozumowania miałaby być wypowiedź Yorke’a z wywiadu dla NME, co wskazywałoby na pewną autoironię. Osobiście myślę jednak, że istnieje jeszcze trzecie, czwarte i dziesiąte dno tego utworu, a każda bajka doń dośpiewana będzie odpowiednia.
Wyrazem „bajka” należy też zacząć słówko o brzmieniu, bo tak najprościej jest je opisać. Cykliczność ujęta we wstępie właśnie tutaj odzwierciedla się najbardziej, bo o ile płycie tej dalekie granie rodem z Pablo Honey, to w pewnych miejscach czuć tęsknotę za brzmieniem co najmniej z The Bends. Bynajmniej nie jest to rewolucja i stąd przewidywalność materiału, lecz istnieje szansa, że któraś z kolejnych płyt będzie taką klamrą spinającą ów cykl. Być może się mylę, ale podstaw do takiego myślenia daje chociażby Desert Island Disc. Fundamentów brak, konstrukcja rodem z piaskownicy, lecz dopóki słychać u Radiohead gitarę, dopóty będzie to jakiś tam rock. A rock bywa przewrotny.
Jedni powiedzą, że A Moon Shaped Pool to nic odkrywczego i obok rocka to nie leżało. Zgoda, ale gdyby 95% całej branży muzycznej robiła tak nieodkrywcze rzeczy, to stacje radiowe żywiłby się właśnie Radiohead, a nie przecenionymi gwiazdami pop. Z drugiej strony uznanie tej płyty za powiew świeżości (chociażby w kontekście jej dwudziestoletnich odleżyn) też jest błędem. Ale wiecie co? Pieprzyć to. W końcu to Thome Yorke i spółka. Oni zawsze nie byli fajni, wygodni i przyjemni w słuchaniu. Więc jak dla mnie „weirdo”, ale tylko w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

