Queens Of The Stone Age to zespół z rodzaju tych, które jakoś magicznie przyciągają na pewnym etapie życia. To trochę jak taka kolejna faza w poszukiwaniu tego, co nas kształtuje. Przemierzając rockową scenę muzyczną prędzej, czy później trafisz na kawałek od tego zespołu. Jeśli trafisz dobrze, po jakimś czasie będziesz mógł powiedzieć, że kojarzysz coś więcej niż samą nazwę.
Już niedługo zespół odwiedzi nasz kraj. Ekipę Queens Of The Stone Age będzie można zobaczyć na wielkiej scenie, co więcej, ta scena będzie ustawiona w naszym kraju. Czy występ na Open’er Festival będzie też polem testowym dla świeżego materiału? Wśród numerów tworzących In Times New Roman… z pewnością znajdą się propozycje, które z powodzeniem odnajdą się pośród festiwalowego tłumu. O tym, czy panowie włączą najnowszy materiał do swojej playlisty, dowiemy się już niebawem. Co wiemy na chwilę po premierze?
Chociaż krążek jest dosyć spójny, podczas odsłuchu w mojej głowie pojawiało się wiele haseł i zestawień. Jednym z nich było pytanie, jak wygląda proces twórczy u ludzi, którzy na tym biznesie zjedli zęby? Czy przygotowują swój album trochę tak, jak przygotowuje się shake? Mamy tu odrobinę psychodelii, a kompozycja, którą panowie grając słowami, zatytułowali, What The Peephol Say, jak na moje ucho nawet szczyptę punkowej zadziorności. Koniec końców album In Times New Roman… brzmi trochę tak, jak mieszanka sprawdzonych smaków.
16 czerwca panowie do swojej dyskografii dorzucili kolejny album, który nosi tytuł In Times New Roman… Już w pierwszym kawałku zapachniało taką nutą, która przenosi nas w czasie. Panowie zaczynają od gitar i na gitarach kończą. Dorzucają do tego wpadający w ucho bas i tego trzymają się konsekwentnie przez wszystkie 10 utworów. O tym, że postawią na starą szkołę i swoje popisowe sztuczki wiadomo było już przed premierą najnowszego wydawnictwa, bo album, już od jakiegoś czasu firmowały te 3 single: Paper Machete, Carnavoyeur, a także Emotion Sickness. Są na tym albumie pozycje przy pomocy których panowie puszczają oczko do swoich starych fanów, są też takie, które zapewne sprawią, że znajdą całkiem nowych. Nie ma jednak miejsca na wielkie zachwyty.
Słuchając 8 studyjnego albumu od zespołu, który na scenie muzycznej trwa od późnych lat dziewięćdziesiątych, doszłam do dwóch wniosków, które mogłyby być również podsumowaniem całego materiału zgromadzonego na In Times New Roman… Nie jest to coś, czego nie było już wcześniej i nie będzie już później. Chłopaki może i nie wywrócili muzycznego światka do góry nogami, ale pewien rodzaj stałości, na którą postawił zespół, jeszcze bardziej ugruntowuje jego pozycję.
Ten drugi wniosek jest więc bardzo prosty. Chociaż czas płynie, zawsze będzie przestrzeń na materiał taki jak ten. Dobrze osadzone riffy, teksty punktujące codzienność i coś pomiędzy buntem a bezczelną, pilnie wystudiowaną obojętnością.
Czyżby muzycy z The Queens Of The Stone Age chcieli użyć konkretnej czcionki, żeby kolejny raz podkreślić swoją obecność? W moich uszach ta muzyczna wiadomość brzmi: Wciąż tu jesteśmy i nadal wiemy jak grać w tę grę.
