Michael Malarkey to człowiek wielu talentów, poza aktorstwem równocześnie skupia się też na muzyce. Dosłownie dwa tygodnie temu wydał album Graveracer i niemalże od razu ruszył w trasę aby go promować. W swoim napiętym grafiku znalazł jednak chwilę, by odpowiedzieć na kilka pytań o muzycznej przeszłości, inspiracjach a także o nowym albumie i o tym, czy ciężko pogodzić jest oba zawody.
Daria Radomska: Skąd pomimo początkowego obracania się w mocniejszych muzycznych klimatach (hardcore itp.) pojawiło się u Ciebie zamiłowanie do tego, co tworzysz obecnie? I czy tamte brzmienia totalnie odeszły już w zapomnienie, a może mimo upływającego czasu lubisz do nich wracać?
Michael Malarkey: Wciąż jestem fanem takiego rodzaju muzyki i dalej jej słucham. Nie bywam na tak wielu koncertach jak wcześniej, ale jeśli już pojawiam się na jakimś, jest to zazwyczaj jakiś zaliczany do tak zwanych cięższych brzmień. Spędziłem pięć lat grając w różnych zespołach zanim zacząłem przygodę z aktorstwem. Byłem w nich głównym wokalistą (leaderem), ale w międzyczasie zacząłem uczyć się gry na gitarze i rozpocząłem pracę nad swoimi własnymi utworami. Nie znałem żadnych akordów, po prostu kładłem palce na strunach i sprawdzałem, co brzmi dobrze, albo co brzmi dziwnie. Wciąż podchodzę do muzyki w ten sam sposób, z taką samą energią i niewinnością. Próbuję różnych rzeczy. Jeśli jest ciekawe, interesujące, brnę w to. Ale tak, chciałbym jeszcze powrócić do pracy nad cięższymi muzycznie projektami. Namawiajcie mnie dalej i to zrobię.
Daria Radomska: Szczerze mówiąc zdziwiłam się, gdy w jednym z wywiadów przeczytałam, że album Jane Doe od Converge jest w Twojej Top 10 albumów, które zmieniły życie wśród takich klasyków jak The Clash czy The Doors i Radiohead. Zaczęłam się zastanawiać, czy obecnie śledzisz scenę hardcore? Moim zdaniem jest coraz więcej młodych zespołów, które robią świetne rzeczy i zasługują na więcej uwagi. Tym bardziej, że coraz mocniej odchodzi się od myślenia, że przez taki rodzaj muzyki wyrażane są głównie złość i frustracja. Pojawiają się bandy, które chcą w ten sposób pokazywać również pozytywne wartości, a wielu muzyków z tych sfer również włącza się w przeróżne akcje charytatywne.
Michael Malarkey: Absolutnie. Czuję jakby scena punk rock i hardcore ocaliły w pewien sposób moje życie. To był pierwszy raz kiedy poczułem, że dokądś przynależę. Jest mnóstwo dzieciaków, które nie czują, jakby gdzieś pasowały, jakby były nieprzystosowane. Zdecydowanie byłem jednym z takich dzieciaków. Oczywiście, było dobrze się wyszaleć podczas koncertów, ale myślę, że tak naprawdę chodzi tu o ekscytację w znalezieniu alternatywnej społeczności do tego, co było im oferowane. Wymienianie się płytami, chodzenie na koncerty, później także praca nad własną muzyką; tym właśnie było wtedy moje życie. Skończyłem pracując w sklepie z płytami przez wiele lat i wciąż uwielbiam dzielić się muzyką, którą znajduję. Zawsze bardzo wspieram nowe zespoły, które stawiają pierwsze kroki na scenie. Myślę, że wynika to z wdzięczności za to, co ta społeczność zrobiła dla mnie i chcę dać coś od siebie w zamian.
I tak… Jane Doe.To był album, który uderzył mnie niczym pociąg towarowy i definitywnie ukierunkował mnie w konkretną stronę zarówno muzycznie jak i artystycznie. Mówiłem sporo o Converge w wywiadach, ponieważ dla mnie są oni kwintesencją zespołu DIY. Zawsze czułem inspirację ich muzyką, a także podziwiałem w jak skromny i gustowny sposób zbudowali swoje dziedzictwo.
Daria Radomska: Można doszukać się informacji, że podczas pracy nad płytą, kiedy brałeś równocześnie udział w nagrywaniu The Oath and The Blue Book, cała ekipa została ewakuowana z Porto Rico ze względu na huragan Maria. Jak to wydarzenie wpłynęło na proces twórczy? Po przesłuchaniu płyty ewidentnie można się doszukiwać pewnych odniesień.
Michael Malarkey: Tak, symbol oceanu jest dużą częścią historii na płycie. Mówiąc prościej: człowiek mierzy się z żywiołami i swoim własnym mrokiem, by w końcu odnaleźć drogę do domu. Tytułowa piosenka, Graveracer, to prawie zaklęcie, wprawia historię w ruch. Mówi, co się stanie. To opowieść o tym, jak ktoś upadł i – w rezultacie – nauczył się latać. Nie wiem, ciężko to ubrać w słowa. Kiedy próbujesz to zrobić, wszystko to traci sens. Myślę, że właśnie dlatego stworzyłem album.
Daria Radomska: Graveracer wydaje się być dużo dojrzalszą i bardziej mroczną płytą od Mongrels. Co się zmieniło w ciągu tych dwóch lat?
Michael Malarkey: Mongrels był zdecydowanie trochę bardziej tęsknym albumem, chociaż piosenki takie jak Uncomfortably Numb czy Scars dużo bardziej pasowałyby do Graveracer. To tylko kierunek, w jakim szły rzeczy wraz z moim pisaniem. Ale oczywiste jest też, że kiedy masz dzieci, widzisz świat w inny sposób. Pewne rzeczy znikają, inne się pojawiają.To po prostu proces przewartościwania. Przez jakiś czas wszystko staje na głowie. Moim zdaniem każdy, kto ma dzieci, przechodzi przez takie zmiany, objawiające się mnóstwem różnych symptomów. Dużo czasu byłem z dala od domu, co spowodowało ogrom wyzwań, izolację i refleksje. Sądzę, że to rezultat wszystkich tych czynników, a reszta to po prostu naturalny proces mojego rozwoju jako artysty.
Daria Radomska: Coraz bardziej popularny wśród młodszego pokolenia artystów jest trend łączenia muzyki i aktorstwa. Poniekąd oba zawody się przenikają, ale jest też wiele różnic. Czy ciężko jest to pogodzić, czy ciężko było Tobie? Zdarzają się chwile zwątpienia?
Michael Malarkey: Oczywiście, miewam momenty zwątpienia. Wątpliwość jest po to, aby trzymać nas pod kontrolą. Połowę czasu nie mam pojęcia co robię, po prostu wiem, co brzmi okej i nauczyłem się ufać moim przeczuciom. Kto wie, co przyniesie następny rok. Nie myślę o tym zbyt wiele. Jedyne co wiem, to że na ten moment kocham robić obie te rzeczy i czuję się szczęśliwy, że mam zespół po każdej ze stron, a także rodzinę, która mnie wspiera.

