Site icon All About Music

Powiew Islandii w Polsce, czyli eteryczny koncert Ólafura Arnaldsa. Relacja Marty Umiejewskiej

W czwartek Warszawę zalał nie tylko deszcz, ale i zdumiewający geniusz Ólafura Arnaldsa. Torwar stał się na chwilę ambasadą Islandii.

Spotkanie rozpoczęło się od przepięknego występu Hani Rani, czyli Hanny Raniszewskiej – pianistki i kompozytorki, znanej również jako jedna druga nominowanego do Fryderyków zespołu „Tęskno”. Hania wykonała między innymi swój najnowszy singiel „Glass” oraz inne utwory instrumentalne. Kariera Hani Rani postępuje dość spokojnie chyba tylko ze względu na jej skromność sceniczną i fakt, że muzyka klasyczna w Polsce nie jest zbyt popularna. Jej talent i kompozycje zasługują moim zdaniem na dotarcie do ogromnej publiczności, o czym świadczą również słowa Ólafura, który po wejściu na scenę podziękował Hani za jej wspaniały występ, a nawet zamieścił na swoim profilu instastory z jej udziałem.

Muszę przyznać, że to był pierwszy koncert Ólafura, jaki miałam okazję zobaczyć. Nie oglądałam też nagrań z jego występów na żywo na YouTube’ie. Z tego powodu doznałam niemałego szoku, jak na scenę wszedł szczupły mężczyzna w prostym stroju i nieśmiało rzucił „Hello Warsaw”. W dalszej części koncertu okazało się, że oprócz skromności, Islandczyk ma także świetne poczucie humoru. Spośród anegdotek, którymi się z nami dzielił, moją ulubioną była historia powstania utworu „Poland”, w której duży rolę odgrywały złe polskie drogi i dobra polska wódka. Osobiście bardzo lubię poznawać genezy utworów, bo wtedy zupełnie inaczej ich słucham. Bardzo ciekawie Ólafur opowiadał także o „nyepi” – piosence zainspirowanej tradycją świętowania Nowego Roku w Azji południowo-wschodniej. Zainteresowanych odsyłam do Wikipedii.

Przy okazji tego koncertu po raz kolejny muszę wspomnieć o oświetleniu – tworzyło ono niezwykłą atmosferę, dostarczało wspaniałych wrażeń wizualnych i idealnie współgrało z muzyką. Sprawiało, że czuliśmy się, jakbyśmy byli pod gwieździstym niebem, w samym środku burzy albo na przepięknym wchodzie słońca.

Wrażenie robił też sprzęt, który przywiozła ze sobą grupa z Islandii. Centralną pozycję zajmowały dwa samogrające pianina, których stworzenie trwało dwa lata. Pewnie wielu osobom wydaje się, że koncert muzyki klasycznej nie daje dużo pola do interakcji z widownią, a tymczasem na początku koncertu Ólafur zrobił z publicznością ciekawy eksperyment, mianowicie nagrał wszystkich zgromadzonych śpiewających jedną nutę i użył tego nagrania jako podkładu do swojego utworu. Spotkanie natomiast zakończyło się wzruszającą opowieścią o dziadkach Islandczyka, którzy byli fanami Chopina i, na nasze szczęście, sprowadzili młodego Ólafura na ścieżkę muzyki klasycznej.

Po opuszczeniu Torwaru byłam w pełni usatysfakcjonowana z tych dwóch godzin muzycznej rozkoszy, a mimo to miałam ochotę na więcej i zazdrościłam Poznaniowi, że oni mają to wydarzenie jeszcze przed sobą.

Exit mobile version