12 listopada 2025 roku minęło piętnaście lat od wydania najradośniejszej płyty barbadoskiej artystki Rihanny – Loud. W tym roku wokalistka obchodzi również jubileusz dwudziestu lat swojej pracy artystycznej. No więc, należy się jakaś recenzja throwback!
Dacie wiarę, że to już piętnaście lat minęło, gdy Rihanna zaprezentowała światu Loud? Mnie też ciężko w to uwierzyć, ale jednak. Loud to album, który nie tylko odmienił jej wizerunek, ale też wyznaczył kierunek dla całego popu początku lat 2010. Po mroczniejszym i introspektywnym Rated R – który był swego rodzaju pamiętnikiem opisującym piekło, jakie zgotował jej były partner życiowy – wokalistka wróciła z krążkiem pełnym kolorów, energii i tanecznej lekkości, celebrując wolność, kobiecość i radość życia. Nic dziwnego, iż album do dziś brzmi świeżo, zaraża optymizmem i pokazuje Robyn (bo tak naprawdę na imię ma Rihanna) w jej najbardziej popowym oraz ekstrawertycznym wydaniu.
Produkcja wydawnictwa to wynik współpracy z czołówką ówczesnych twórców – byli to między innymi Stargate, Sandy Vee i Alex da Kid – którzy zadbali, by każdy utwór miał potencjał radiowy, ale też charakterystyczny klimat. Od dance-popu, przez R&B, po dancehall i elementy pop-rocka, a jednocześnie wszystko jest bardzo spójne, oparte na mocnych refrenach i chwytliwych melodiach.
Celebrujmy popową radość! Zacznijmy od singla o tytule S&M, który jednocześnie otwiera całą płytę. Do dziś pamiętam te kontrowersje wokół warstwy tekstowej i muzycznego wideo-klipu. Może to zabrzmi dziwnie, śmiesznie i niezbyt mądrze – ale nie znałam wówczas drugiej takiej artystki, jak Rihanna, która tak śmiało śpiewała (i występowała w teledyskach) o seksie oraz intymności. Miałam wówczas trzynaście lat, także, no… ale tak zwany banger jest świetny.
A pamiętacie późniejszą wersję z Britney Spears? I ich występ w trakcie nagród Billboard Music Awards 2011? To dopiero były czasy. Dzisiaj już wszystko jest, mało co szokuje (a przynajmniej mnie) i ja osobiście często powtarzam: „ha, a Rih była pierwsza!„.
Wiecie, że ja dopiero dwa (albo trzy… stara jestem, pamięć już nie ta) lata temu się przekonałam do następnego singla o tytule What’s my name? z gościnnym udziałem rapera Drake’a? Dopiero teraz słyszę – i widzę – jak bardzo ten utwór jest ciepły, naturalny i przyjemny. Taki na poprawę humoru.
Ikoniczny dance-popowy hymn, który przyniósł Rihannie nagrodę Grammy oraz ogłosił wielki powrót na rejony. Mowa tu, oczywiście, o Only girl (In the world). Polecę z prywatą, bo nawet koleżanka z redakcji All About Music (pozdrawiam!) się mnie zapytała o to. Znając wcześniejsze hity Robyn – takie jak Don’t stop the music, czy Te amo – to właśnie Only girl sprawiło, że ją pokochałam bezgranicznie. Potrzebowałam takiej idolki, po prostu – a że jest ode mnie starsza o tylko dziewięć lat, to cóż… wszystko się zgadza. Też czasami dzięki niej czuję się jak taka Only girl, która nawet siebie lubi i akceptuje (chorobowe zwłaszcza) niedoskonałości.
Powrót do muzycznych korzeni, jeśli chodzi o R&B (i chyba pierwsze moje tak mocne zapoznanie się z tym gatunkiem), ale w formie emocjonalnie ciężkiej narracyjnej ballady dancehall. Historia o desperackim czynie i konsekwencjach wybrzmiewa mocno dzięki przejmującej interpretacji. A i tu się nie obyło bez kontrowersji w mediach…
Choć Complicated jest dość przejmującą piosenką o skomplikowanej – jak sam tytuł na to wskazuje – relacji miłosnej i lubię do niej wracać, ponieważ przypomina mi ona o moich jakby przygodach… to chyba nigdy nie zapomnę pewnego komentarza na platformie YouTube. Brzmiał on tak, że jakaś osoba śpiewa refren, gdy otwiera podręcznik szkolny do matematyki. Nie musicie mi dziękować.
Zmysłowy, powolny, intensywnie nasycony erotyzmem utwór. Czyli Skin. Fenty już eksperymentowała tak znacznie wcześniej, lecz uważam, iż to właśnie Skin jest przełomem. Kocham, tak najzwyczajniej na świecie.
Loud to album, który z perspektywy czasu jeszcze wyraźniej pokazuje, jak doskonale Rihanna rozumiała puls zmieniającej się popkultury. To krążek pełen odważnych decyzji, wyrazistych melodii i emocji, które trafiają prosto w sedno – niezależnie od tego, czy chodzi o celebrację życia, czy o momenty pełne wewnętrznych napięć. Mimo upływu lat, płyta nadal błyszczy świeżością i radością. A ja, dzięki Loud, zyskałam przecudowną idolkę, dzięki której przetrwałam ciężki okres dorastania i czasy nastoletnie. Choć nie jest ani kolorowo, ani idealnie, ani fantastycznie – to jeszcze mam chęć do życia, o czym przypomina mi Loud, jej ogólna twórczość i ona sama. Dziękuję, Robyn.

