Na wybranie się na koncert Poli Rise (a właściwie Pauliny Miłosz) zdecydowałam się dość późno, nie mając lepszych planów na spędzenie wtorkowego wieczoru. Artystka, która na muzycznej scenie pojawiła się w 2014 roku, dopiero przed rokiem podpisała poważny płytowy kontrakt z labelem Warner Music Poland, który zaowocował przed paroma miesiącami debiutanckim longplay’em o urokliwym tytule Anywhere But Here. Nie śledzę uważnie kariery Rise, ale nie kojarzę, by premierze płyty towarzyszyła trasa koncertowa po polskich miastach. Może Paulina czekała na zimniejszą część roku? Bo właśnie taka jest jej muzyka – chłodna, wpisująca się w skandynawski czy nawet islandzki krajobraz.
Poznański koncert artystki zostawił po sobie mieszane wrażenie. Niezbyt podobała mi się jego forma. Począwszy od sprzecznych informacji dotyczących godziny rozpoczęcia (przez co wiele osób weszło w trakcie), przez poustawiane krzesełka, które mogły sugerować, że twórczość Rise ma niewielki potencjał na rozruszanie widowni, po dość przypadkową publiczność, która występ artystki w klubie Meskalina potraktowała jak coś a’la „live band grający do kotleta (a może raczej piwa)”. Na szczęście sama wokalistka i towarzyszący jej zespół (klawisze, skrzypce, perkusja, gitara) zrobili wiele, by nikt, kto przyszedł dla muzyki, nie wyszedł zawiedziony. Rise zaprezentowała nie tylko spokojne punkty swojej dyskografii (jak np. Blackstar, Breathe czy Silence), ale i udowodniła, że potrafi nadać swoim piosenkom delikatnego klubowego blasku i sprawić, by publiczność wstała z krzeseł (m.in. przy wspólnie wyśpiewanym OhOH czy No More). Niespodzianką były dwa covery. Najpierw Pola zmierzyła się z Cold Little Heart Michaela Kiwanuki, interpretując ten soulowo-bluesowy kawałek na swój elektroniczny, chłodny sposób. Na koniec zaś z lekką tremą wykonała (po polsku!) jeden z utworów T.Love, informując, że przeróbka będzie częścią projektu, którego szczegółów zdradzić na razie nie może.

