Trochę dziwnie jest pisać recenzję albumu muzycznego, który jest możliwy do odsłuchania na specjalnie stworzonej stronie internetowej – a nie (na ten moment, przynajmniej) na platformach streamingowych. Kto by mógł coś takiego zrobić, jak nie… Pharrell Williams?
Jakiś czas temu artysta oficjalnie uruchomił projekt o nazwie VIRGINIA. To nie tylko kolejna płytowa premiera, ale wielowymiarowa inicjatywa. Kreatywny alias Pharrella, pozwalający mu eksplorować obszary muzyki, mody, designu i społeczności.
To miejsce, w którym mogę marzyć, i sposób na połączenie się z ludźmi, którzy też marzą.
Co ciekawe, inspiracją dla nazwy jest jego rodzinny stan – Wirginia – ale jako koncepcja projekt sięga znacznie dalej. Ja zaś skupię się na recenzji pierwszej części płyty o tytule Black yacht rock Vol. 1. A przynajmniej się postaram.
Otwierający całą płytę Richard Mille to wejście pełnego plażowego chilloutu po amerykańsku – delikatna gitara, miękki groove i lekko nostalgiczny podkład. Zdradzę trochę śmieszną anegdotkę. Kiedy dowiedziałam się o całym projekcie i już zbliżałam się do odsłuchu Black yacht rock Vol. 1, to ja byłam pewna, iż śpiewać będzie ktoś inny. Nie wiem, na zasadzie jakichś duetów, czy coś takiego. Może na podstawie artystów śpiewających do tekstów autorstwa Williamsa. Jakież to wielkie było moje zdziwienie, gdy usłyszałam jego głos… ale to świetnie!
Just for fun, jak sam tytuł wskazuje, jest to lekka, swobodna i beztroska piosenka. Ogólnie całość Black yacht rock Vol. 1 jest właśnie w takich klimatach, lecz ten numer najlepiej o tym świadczy.
Zaś 11:11 jest nieco innym kawałkiem, bardziej tajemniczym i subtelnym. No i mocno nostalgicznym, to trzeba przyznać.
Album kończy kompozycja zatytułowana Going back to VA. W pewnym sensie jest to jedyny singiel i tylko ten kawałek ma swój muzyczny wideo-klip dostępny na platformie YouTube. Prawdopodobnie, gdyby nie to, to chyba o jego projekcie dowiedziałabym się jeszcze później. A tak… wyszło super. Choć wiem, że Pharrellowi chodziło o jego rodzinny stan, to jednak ja mam jeszcze skojarzenie z Kalifornią i Miami.
Black yacht rock Vol. 1 jest świetną i nieszablonową niespodzianką biorąc pod uwagę całą muzyczną dyskografię Pharrella Williamsa. Idealna płyta do wyciszenia się, odpoczynku i skupieniu się na swoich myślach. Totalny chillout, ale bardziej plażowy (a że ja wolę morze od gór, to tym bardziej) w amerykańskim stylu. Czy tam „vibe”, jak to się teraz mówi.
