Site icon All About Music

Plastic – SPACE (2021), recenzja Christiana Cieślaka

Jeden z najdłużej działających na polskiej scenie zespołów XXI wieku, na dobre powrócił do muzycznej rzeczywistości. Po ponad ośmiu latach twórczej ciszy, duet Plastic podzielił się ze światemswoim czwartym studyjnym albumem pod tytułem Space. Czy za sprawą tej nowoodkrytej galaktyki, Agnieszka Burcan i Paweł Radziszewski przypomną o sobie swoim starym fanom i dadzą się poznać tym zupełnie nowym? Przekonajmy się!

Tak jak już wspomniałem we wstępie, od poprzedniego albumu Plastic, czyli Living In The iWorld, minęło całkiem sporo czasu. W związku z tym, trudno jest mi dokonywać sensownych porównań względem ich ostatniego dzieła, gdy jego premiera miała miejsce w zupełnie innej artystycznej rzeczywistości, również i w Polsce. Dlatego też postaram się w tej recenzji skupić na tym, co po prostu słyszę, nie odnosząc się szczególnie do tego, co Plastic do tej pory muzycznie uczynił. A zatem co słychać w ich najnowszym dziele?

Space to album, który z pewnością jest jakiś. W istocie stanowi on amalgamat najróżniejszych wcieleń elektronicznego popu, jakie tylko można sobie wyobrazić. Na dodatek, na podstawie tego, co usłyszałem, jestem wysnuć jakąś opowieść, bądź logiczny sens, który łączy te wszystkie trzynaście, a de facto jedenaście, kompozycji w spójną całością. Zapewne rozchodzi się o tytułową przestrzeń, niekoniecznie galaktyczną, ale tą międzyludzką, by poprzez, nomen omen, przestrzenne i kosmiczne melodie, zmniejszyć dystans między nami. Choć widmo pandemii jeszcze nad nami będzie wisieć, tak poprzez Space możemy wspólnie potańczyć, próbując zmniejszyć ten czysto psychiczny dystans, by przestać czuć się samotnym. A zatem przesłanie jest, jednak czy jego istnienie wynika to z tego, że jestem tak bystry, czy rzeczywiście tkwi ono w treści tego krążka? I tutaj zaczynają się schody.

Tak jak z jednej strony potrafię docenić Plastic za produkcję, pomysł oraz po prostu fajny klimat albumu Space, tak z drugiej strony chciałbym trochę ponarzekać wobec trzech wyżej wymienionych zalet. Nie jest tajemnicą, że ten krążek zaczął powstawać stosunkowo dawno. Pierwszy singiel go zwiastujący, czyli U Gonna Love It, trafił do nas już w roku 2019 – dwa lata w muzyce pop to bardzo spory okres czasu. Nie twierdzę jednak, że koncepcje zgromadzone przez Plastic są przestarzałe, ale czuć między nimi rozdźwięk – jedne przynależą do innej twórczej rzeczywistości, niż pozostałe. Mając tyle czasu na stworzenie nowego krążka, oczekiwałoby się naprawdę odjazdowego i dopracowanego dzieła, a Space w istocie niczym szczególnym mnie nie zaskoczył.

Jeśli chodzi o pomysł, ten z pewnością jest, jednak wydaje mi się, że nie ma go aż tyle, aby był wstanie wypełnić ponad 50 minut całego albumu. Space to projekt zdecydowanie nastawiony na dźwięk, gdzie jego warstwa tekstowa nie jest aż tak istotna, bo ma tylko dopełnić to, co słyszymy. Zatem tworząc długie utwory, pięcio- czy sześciominutowe, trzeba umieć budować ich napięcie, by z każdą minutą stawały się co raz to bogatsze dźwiękowo, a co za tym idzie nie pozwolił się nam od nich oderwać. Niestety, Plastic udało się to połowicznie. Niektóre z ich kompozycji są zdecydowanie za długie, jak chociażby zamykające album trio Waiting For A Plane, New Love oraz Without You. W żadnym wypadku nie są to piosenki złe, ale nie są na tyle interesujące, by kreować je na sześciominutowe kobyły.

Tak jak już wspomniałem, produkcja Space jest naprawdę przyjemna – jej potencjał jest z pewnością dostrzegalny i warto to docenić. Warstwa liryczna nie gra tu szczególnej roli, przez co jest dość skromna, ale jak już zaznaczyłem, nie sposób mi czynić z tego zarzutu. Czysto muzycznie, myślę, że zabrakło tu pójścia o jeszcze jeden krok dalej. Niektóre utwory zbytnio się ze sobą zlewają, a mam tu na myśli pierwszą cztery piosenki, gdzie Tears On My Party Night już kompletnie nie wzbudza mojego zainteresowania. Mimo wszystko Space to bardzo sympatyczna mieszanka elektronicznego popu, w końcu charakterystycznego dla Plastic.

Wybierając to, co Space oferuje najlepszego, postawiłbym na trzy kompozycje. Po pierwsze Out Of Control – najbardziej energetyczna i dynamiczna piosenka na całym albumie, od razu wpada w ucho i nie można się jej oprzeć. Na równi z nią stoi Dream Dancing, któremu najbliżej do współczesnej reinkarnacji muzyki disco. Na ciepłe słówko z mojej strony zasługuje również otwierający U Gonna Love It – może to nie jest miłość, ale z pewnością sympatia. Natomiast tytuł najgorszych utworów albumu bezapelacyjnie wręczam Reprise utworów Tears On My Party Night oraz I Don’t Wanna Know, które są po prostu zbędne.

Taka to oto przestrzeń nowego albumu zespołu Plastic. Choć nie jest to najbardziej ekstatyczna przygoda Waszego życia, tak fani elektronicznych dźwięków znad Wisły powinni tu znaleźć dla siebie odrobinę relaksu i przyjemności. Miło, że duet Burcan / Radziszewski ponownie wznieśli się pod ziemski widnokrąg, publikując album Space. Oby więcej, i lepiej, i częściej!

Exit mobile version