Seria koncertów MTV Unplugged zaskakuje nas już od ponad 26 lat. Dawna telewizja muzyczna co jakiś czas do współpracy zaprasza przeróżnych artystów muzyki popularnej. Koncerty bez prądu zagrały zarówno zespoły rockowe, jak i popowe super gwiazdy. Przyszedł czas i na zespół Placebo czyli zespół, który miał ogromny wpływ na współczesnych artystów i całą branżę muzyczną. Tym razem muzycy z Londynu musieli poradzić sobie bez ekspresyjnej perkusji i głośnej gitary.
Gdy tylko usłyszałem o najbliższych planach Placebo, zaniemówiłem. Głównie dlatego, że to niesamowicie ważny zespół dla mnie jako świadomego słuchacza. Zespół Briana Molko i spółki zachwyca mnie od kilku lat. I choć nie jest to kapela idealna i zdarzało im się nagrywać gorsze albumy, to zawsze chętnie wracałem do nagrań ich występów na żywo. Poniekąd wydaje mi się, że w tym właśnie jest siła tego projektu. Placebo nigdy nie zawodziło na koncertach. Do czasu kiedy nie zdecydowali się zarejestrować koncert bez prądu. Niestety.
Najnowsze wydawnictwo Placebo ma dwie twarze. Płyta na pewno jest przesiąknięta melancholią i nużącą wręcz lirycznością. Wykonując niektóre utwory podczas tego koncertu, panowie popełnili błąd poprzednich twórców tej serii. Dokładniej mówiąc, część piosenek zaprezentowanych na tym krążku jest po prostu zbyt poważnie zinterpretowana. Członkowie Placebo wybrali drogę pełną przesadnych nostalgii, przez co pierwsza część albumu bywa zwyczajnie nudna i niezaskakująca. Na szczęście wciąż pozostaje nam drugi fragment płyty pt. MTV Unplugged, gdzie znajduje się miejsce na odrobinę oryginalności i zwykłego artystycznego szaleństwa.
Koncert Placebo otwiera wyjątkowo nijakie wykonanie. Mowa oczywiście o kompozycji Jackie, która należy do tych najsłabszych wykonań podczas występu na żywo. Następnie panowie trochę odbili się z poziomu przesadnej zadumy, prezentując utwory For What It’s Worth i 36 Degrees. Te piosenki w stosunku do poprzedniego, idealnie pokazują jak w brzmieniu Placebo istotny jest ten legendarny ogień. Co wyjątkowo zaskakujące londyńscy twórcy nie trafili z interpretacją swoich najlepszych kompozycji. Dość bolesnym przeżyciem jest wykonanie wybitnej piosenki tego zespołu, czyli Meds. Cisza i zniechęcenie z pewnością nie pasuje do wymowy tego utworu. Ponadto urok tej piosenki to także obecność Alison Mosshart, jej brak poważnie doskwiera nawet muzykom. O dziwo uratowały się dźwięki z bardzo krytycznie ocenianego albumu Loud Like Love. Too Many Friends, Bosco i Loud Like Love zyskały nowe ciekawe wersję, które chętnie posłuchałbym na regularnym koncercie zespołu. Wspaniałą pracę Placebo wykonali przy prezentowaniu piosenki Post Blue. To wykonanie jest wszystkim, czego oczekiwałem od koncertu bez prądu. Świeże spojrzenie na stary kawałek i ciekawe zastosowanie egzotycznych dla zwykłego słuchacza instrumentów. Niespodziewałem się także coveru zespoł Pixies, który w moim odczuciu idealnie wpasował się w estetykę Briana. Wybitna piosenka i przepiękne odtworzenie.
Nie jestem zwolennikiem przypisywania zasług zespołu, tylko danemu frontmanowi. Jednak w kontekście tej kapeli nie da się nie wyróżnić jego wokalisty, czyli Briana Molko. Człowieka, który swoim głosem i charyzmą wypracował sobie światową markę. Nikt na świecie nie ma takiego wokalu jak ten 43-letni mężczyzna. Jego śpiew jest na tyle charakterystyczny i unikatowy, że nie da się o nim zapomnieć. Brian trochę ratuje ten album. Bywają momenty, gdy to wszystko przerasta cierpliwość słuchacza, jednak są one w mniejszości. Mimo wszystko wokalista jest w świetnej formie i myślę, że jest w stanie dostarczyć nam jeszcze wielu chwil zachwytu.
Potencjał. To wielka rzecz w rękach zespołu Placebo. Przed nimi jeszcze mnóstwo pięknych dźwięków do zarejestrowania. A ten najnowszy koncertowy album to tylko kropla w morzu ich twórczości. Kropla, która mam nadzieję przypomniała im za pomocą jakich brzmień wychodzą najlepiej. Tymczasem ja wracam do słuchania dawnych dokonań muzyków i z nadzieją czekam na najnowsze pełnoprawne wydawnictwo.

