Site icon All About Music

Placebo – Loud Like Love (2013), recenzja Sandry Szepietowskiej

Po czterech latach przerwy wracają z nowym, głośnym i szalonym niczym miłość, albumem. Placebo i ich Loud Like Love sprawią, że jesień nie będzie już kojarzyć się tylko z deszczem i smutkiem.

Po wydaniu Battle For The Sun zawrzało. Wielu fanów odeszło, ale na ich miejsce szybko powili się nowi, z zupełnie innymi oczekiwaniami. Wielbiciele nostalgicznego i mrocznego Placebo nie mogli zrozumieć dlaczego zespół oddalił się, aż tak daleko, od poprzedniego stylu. Jednak są i tacy, którzy w ostatniej płycie dopatrzyli się czegoś nowego w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Właśnie tej  grupy odbiorców nowe wydawnictwo z pewnością nie zawiedzie. Zespół pytany o nową płytę podkreśla, że jest ona odpowiedzą na poprzednią oraz reakcją na obecną sytuację życiową. Dużo piosenek powstało podczas trasy koncertowej, promującej Battle For The Sun. Jest to już siódmy album i podobno szczęśliwy, bo członkowie Placebo wierzą, że to błogosławiona liczba.

Gdyby, w okresie płyty Meds, ktoś powiedział mi, że chłopaki nagrają taki piosenkę jak Loud Like Love, zabiłabym go śmiechem. A jednak… stało się! Placebo odrzuca ciemną stronę uzależnień i problemów społecznych, żeby wprost zaśpiewać o miłości… najgłośniej jak to możliwe. Ten fenomen otwiera album i już w pierwszych sekundach słyszymy typowy dźwięk gitary charakteryzujący grupę. Niestety z każdym kolejnym nagraniem jest go coraz mniej, więc to doskonała okazja żeby się nacieszyć.

Utwór ten to zdecydowanie kandydat na singiel, ale jego rolę pełni obecnie Too Many Friends, które uświadczy nas tylko w przekonaniu, że Placebo coraz częściej odchodzi od swojego typowego brzmienia na rzecz radiowych hitów w stylu Bright Lights. Mimo wszystko ciągle jest to jeden z lepszych utworów na Loud Like Love, do którego dołączony jest  genialny teledysk. Przy poprzedniej płycie straciłam już nadzieję, że zespół nakręci jeszcze video clip, który zaskoczy fanów. Ta miła niespodzianka sprawia, że cenię go sobie jeszcze bardziej. Z kolei Begin The End to tykająca bomba i Placebo w czystej postaci – rosnące napięcie, nieskomplikowana linia melodyczna i brak jawnego refrenu. Nagranie, które przekonuje do siebie po kilku, kilkunastu przesłuchaniach, albo wcale. Zresztą podobnie jak Hold On To Me, którego słuchanie na początku nie jest łatwe. Wokalista hipnotyzuje głosem w monologu pod koniec utworu, a już po chwili tego snu, budzi nas hałaśliwe i szarpane Rob The Bank. Dlatego właśnie ta kołysanka  powinna zamykać album.

Wszyscy, którzy liczyli na kolejną dawkę dobrych i przemyślanych tekstów, mogą odetchnąć z ulgą. Wokalista Brian Molko, stwierdził ostatnio, że coraz lepiej czuje się w zapisywaniu autobiograficznych refleksji, co zresztą szybko udowodnił nam w Bosco. Jest to w sumie jedyna ballada na Loud Like Love. Niestety jest jej bliżej do Happy You’re Gone niż do Without You I’m Nothing. Ogromna szkoda, że osiągnęła ona taki poziom, podczas gdy kiedyś ballady stanowiły jeden z  atutów zespołu. Jednak gdyby oderwać ocenę tego utworu od porównań do wcześniejszej twórczości, to można odnaleźć w nim coś pozytywnego. Niespotykanego uroku dodaje dźwięk skrzypiec Fiony Brice w tle. Kompozycja ta, na pewno będzie częstym gościem na koncertach, ponieważ zespół uznał ją za jedną z najważniejszych spośród wszystkich nowości.

Lould Like Love to z pewnością potęga klawiszowego brzmienia.  Proste i nostalgiczne A Million Little Pieces to zdecydowanie mój faworyt. Szczególnie druga cześć utworu warta jest uwagi. Ta piosenka stanowi odpowiedź na pytanie dlaczego nie znajdziemy na tej płycie utworów z czasów Without You I’m Nothing. A Million  Little Pieces razem z Exit Wounds zasługują na szczególne miejsce na podium, ponieważ nadają LLL niesamowitej głębi i tajemniczości.  Exit Wounds utrzymane jest w konwencji typowej dla Placebo. Zaczyna się nudnawo, trzyma nas długo w napięciu (prawie jak Julien), żeby po chwili udowodnić, że Brian ciągle potrafi czarować głosem w niespotykanych refrenach.  Wszyscy, którzy zniechęceni monotonnym początkiem po chwili wyłączyli ten utwór, powinni zdecydowanie do niego powrócić, dając mu drugą, a może nawet trzecią czy czwartą szansę. To na pewno nie jest jedno z tych nagrań, które porywa łatwo wpadającą w ucho melodią, jak Every You, Every Me. Exit Wounds powinno się traktować w kategorii prezentu dla stałych fanów zespołu.

Każdy album Placebo to coś nowego i innego. Słuchając ich wszystkich płyt w kolejności, zauważamy jak niesamowite metamorfozy przechodził zespół w czasie tych 19 lat, zachowując przy tym jednocześnie swój specyficzny styl, pozwalający już po pierwszej sekundzie rozpoznać ich brzmienie. Z każdej płyty pochodzi wielki hit i wielkie rozczarowanie w postaci jednego utworu. Warto o tym pamiętać oceniając Loud Like Love.

Exit mobile version