Site icon All About Music

Pixies – Head Carrier (2016), recenzja Dominiki Mrówczyńskiej

Pojawiają się i znikają… I tak co kilka lat. Jednak nadal są legendą amerykańskiego wydania alternatywnego rocka. Mowa o zespole Pixies, który na scenie znajduje się już 30 lat. Chociaż właściwie 20, gdyż w ’93 roku zawiesili swoją działalność, by w 2004 powrócić na nowo. Świeży materiał wydali dopiero po 10 latach od powrotu na muzyczną scenę. Teraz na kolejny album studyjny czekaliśmy zaledwie 2 lata. Kilka dni temu ukazał się szósty studyjny krążek zespołu Head Carrier. Czy tak długi staż muzyczny pomaga w tworzeniu?

W etapie rozwoju muzyki, w jakim obecnie się znajdujemy, jedyna odpowiedź, która nasuwa się do głowy to zdecydowanie zaprzeczenie. Rynek muzyczny jest aż przesiąknięty indie-rockowym, alternatywnym graniem, a wyszukanie tych pojedynczych diamentów graniczy z cudem. Jednak Pixies nie poszli za ciosem nowych brzmieniowych rozwiązań i na płycie nadal słychać starszą formę procesu twórczego.

Płyta ma to do siebie, że pomimo iż niektóre melodie stwarzają wrażenie prostych, dość spokojnych i kompletnie radiowych, to krążka Head Carrier słucha się z pewną dozą ciekawości, licząc że dojdzie on w końcu do punktu kulminacyjnego. Do grupy bezkonfliktowych, jednak czasami bezpłciowych kawałków zalicza się np. Might As Well Be Gone czy Classic Masher. Wolniejsze tempo znajdziemy również w zamykającym album All The Saints. Ten typ utworu ubrany jest w charakterną gitarę i tajemniczość, dzięki czemu staje się jedną z lepszych stron Head Carrier.

Odsłuchując 12 kompozycji, w których nie oszukujmy się, cuda się nie dzieją, trzeba szukać pojedynczych elementów zaskoczenia. Tutaj znajdujemy singlowe Um Chagga Lagga, które stłumionym brzmieniem, rozpędzoną gitarą i sekcją rytmiczną jest najlepszym utworem na krążku. Obok stanie jeszcze Baal’s Back, gdzie wykrzyczane słowa tworzą cały utwór. Poza tym interesujące jest tekstowe nawiązanie do postaci demona, jakim jest Baal. Podobno cechował go chrapliwy głos. Czyżby Francis chciał przejść na złą stronę mocy?

Poza kilkoma naprawdę mocnymi utworami, na płycie pojawia się jeszcze kilka, na które warto zwrócić uwagę. Szybkie, rytmiczne, a jednocześnie melodyjne Talent, czy Bel Esprit, które pomimo swojej banalności budowy przyciąga silniejszymi momentami. Swoją drogą kompozycja Talent, brzmi jak wyjęta z najlepszych czasów Pixies. Ciekawostką albumu jest czas poszczególnych utworów. Większość z nich znajduje się w okolicach 2 minut, dzięki czemu album łącznie ma lekko ponad pół godziny. Może właśnie ten czas jest powodem, dla którego większość utworów nie rozwija się do końca.

Po płytę Head Carrier sięgną na pewno najbardziej zagorzali fani starego grania. Jednak moim zdaniem, płytę można przesłuchać raz czy dwa i naprawdę nie zmieni ona naszego życia. Pozwoli jedynie wrócić do najlepszych nagrań Pixies z początków działalności zespołu, kiedy ich muzyka była odkrywcza i niecodzienna, a sięgali po nią wyjątkowi słuchacze. Chyba, że pozostaniemy przy wałkowaniu pierwszego singla Um Cagga Lagga. Ewentualnie poczekajmy jeszcze na listopadowy koncert grupy w Poznaniu, gdzie miejmy nadzieję aranże wejdą na wyższy poziom.

Exit mobile version