Po czasach Planet Pit – Pitbull stał się jednym z najbardziej rozchwytywanych raperów świata. Dobra promocja, kolaboracje z wieloma gwiazdami do tej pory się opłacały. Global Warming to płyta na różnych poziomach pod względem jakości. Czy ten krążek, to dobre posunięcie?
Osobiście jestem nastawiony do niego bardzo neutralnie. Z jakąś wielką ekscytacją nie czekałem na ten album. Pitbull zaserwował nam kilka radiowych mózgotrzepów, które zostaną niewątpliwie ciepło przyjęte przez mało wymagających słuchaczy, ale czy to takie super… Hmmm… Ośmielę się zwątpić.
Wstęp do płyty, czyli tytułowy utwór, to tanie wykorzystanie instrumentalu ze znanej powszechnie Macareny – modne jest odświeżanie starych numerów (np. On The Floor Jennifer Lopez z gościnnym udziałem Pitbulla zostało stworzone na podkładzie Lambady – ok, świetnie – to był ogromny come back artystki – 3. miejsce na Billboard Hot 100) jednak powielanie starych schematów, łatwych chwytów na dłuższą metę jest strasznie męczące. Na szczęście, to tylko intro więc wybaczam.
Przejdźmy do kolejnego z dotychczas wydanych singli, czyli Don’t Stop The Party – sam tytuł przykuwa mój wzrok, ale zaraz, zaraz… Co to ma być? Mało wyszukana produkcja; takich utworów jak ten słyszałem milion razy – liczyłem na jakiś progres u Pitbulla lub choć utrzymanie poziomu jaki prezentował przy promowaniu Planet Pit. Singlami powinny zostawać najlepsze jakościowo kawałki, pokazujące coś innego niż mieliśmy okazję usłyszeć do tej pory, nawet kosztem niepodbijania list przebojów. Kreatywność, nawet najbardziej wybujała, tworzenie muzyki niekoniecznie nie dla świetnych wyników sprzedaży, to podstawa dla stania się artystą przez duże A; artystą spełnionym muzycznie, dumnym ze swojej twórczości. Rozumiem, że Pitbull wydając tę płytę jest z niej dumny – płytka ta duma patrząc choćby przez pryzmat Don’t Stop The Party – płyta się nie kończy na tym utworze, więc nie przekreślam w dalszym ciągu szans Global Warming na określenie go jako przyzwoity krążek.
Skoro jesteśmy przy imprezowym klimacie, to pora na Have Some Fun – pierwsze sekundy tegoż utworu i zrobiłem pauzę. Powód? Strasznie przypomina mi to DJ’a Bobo oraz nieudolnie pod paroma „artystycznymi” względami lata 90. Have Some Fun? Do tego tańczyć się nie da przez bobikowy wokal The Wanted… A może to dobry eksperyment? Kiedyś ludzie, w szczególności wielu przedstawicieli pokolenia lat ’80, świetnie się do takiej muzyki bawili. Zaryzykowałbym i wypuścił to na następnego singla z albumu.
Mamy na albumie nawet utwór, moim zdaniem, nieco zainspirowany ostatnimi dokonaniami Gustavo Limy czy Michel’a Telo, czyli coś co ja nazywam szmeraną komerchą z zabarwieniem folklorowym. Ma ona na celu przypomnienie nieco starszym małżeństwom swoich wesel z dętym zespołem – tańce, biesiada itd. Absolutnie nie mam nic przeciwko takiej muzyce – jak jest, to niech już sobie będzie, ale, gdyby jej nie było na pewno zapłakałbym ostatni. Mimo tego, że w Tchu Tchu Tcha Pitbull – bardziej precyzując – jego producenci muzyczni – dodali od siebie trochę, dodatkowo śpiewa w refrenie Enrique Iglesias, nie dało to świetnego efektu, ale miłośnikom Tszecierele tściereleśrcćie oraz innych wyrazów dźwiękonaśladowczych tenże utwór gorąco polecam.
Nie byłbym sobą, gdybym nie wypowiedział się o Echa Palla – a może to nawoływanie Flinstonów, że mają gotowy obiad? Dam sobie ręcę uciąć, że jeśli ta piosenka zostanie odpowiednio wypromowana, to stanie się plażowym hitem na Wyspach Świętego Tomasza i Książęcia i Wyspie Galapagos. Reasumując – nie przepadam za taką karaibsko – buszmeńską muzyką na potupaje. Byc może istnieje wąskie grono odbiorców takiej muzyki – mnie w nim nie ma.
Ciekawostka dotyczy drugiego singla z płyty – Get It Started z gościnnym udziałem Shakiry. Coś w stylu odwdzięczenia się za Rabiosę – bardzo pięknego odwdzięczenia. Shakira brzmi tu bardzo dobrze i w głowie mi się nie mieści jak ten utwór mógł zostać zamieszczony na edycji deluxe jako zaledwie bonus. Co prawda utwór nie podbił wielu list przebojów, w tym Billboard Hot 100 – wytwórnia widocznie nie chciała się najeść przez to wstydu i wyrzuciła Get It Started ze standardowej edycji płyty – ja się pytam: Jakiego wstydu? Uważam, że to jeden z niewielu dobrych aspektów Global Warming.
Gdyby nie to, że na albumie znalazły się kolaboracje z Aguilerą i Shakirą, to oceniłbym go negatywnie, a tak siódemka należy się bez żadnego naciągania. Teraz radzę Pitbullowi 3-4- letni odpoczynek dlatego, iż jego produkcje robią się powtarzalne. Ileż można wyć jak pies co kilkanaście sekund?… Może następnym razem nam zamiauczy.
