Piotr Rogucki to jeden z tych artystów, na których kolejne płyty zawsze czekałam z wypiekami na twarzy. Można powiedzieć, że dojrzewałam razem z nim a kolejne albumy były idealnym odbiciem przemian, które dostrzegałam i u siebie. Bożyszcze wszystkich wygłodniałych refleksyjnej, posępnej twórczości nastolatków a jednocześnie czuły wirtuoz słowa, wprawny w dozowaniu napięcia scenicznego i rewelacyjny pod względem modulacji wokalnej. To właśnie on dokonał fuzji popularnej muzyki rockowej z poezją śpiewaną, czyniąc je najbardziej naturalnym połączeniem, jakie może istnieć w muzyce. Kilka dni temu powrócił z najnowszym albumem J.P. Śliwa, będącym muzyczną interpretacją dramatu, napisanego przez samego artystę, którego bohaterem jest wzorowany na postaci Jana Pawła II pan J. P. Śliwa. Ciekawi?
Album otwiera wdzięczny akustyczny prolog Vision of Sound. Bazą utworu jest mocno zaakcentowana linia gitary, na której melodyce jest budowana podwójna sekcja wokalna. Usłyszymy tutaj zarówno pana Roguckiego, jak i Klaudię Wieczorek, doskonale wam znaną z programu Must Be The Music. Już od pierwszych taktów słyszymy, że oboje niezmiennie czarują głosem.
Prawdziwy początek ma jednak miejsce dopiero wraz z rozpoczęciem się singlowego Dobrze. Rozedrgana linia melodyczna i chropowaty, przejmujący wokal – oto Rogucki, jakiego pamiętam. Utwór jest budowany na wewnętrznym napięciu, jakie pojawia się między drżącymi i dynamizującymi kompozycję syntezatorami, a pół-szeptanym, pół-śpiewanym głosem. Wszystko jak zawsze utrzymane w kluczowej chyba dla twórczości Piotra Roguckiego tonacji molowej. Mimo, że całość jest usytuowana dość nisko na pięciolinii, charakterystyczny nastrój beznadziei, który chłoniemy poddając muzycznej lekturze ten drobiazg jest dodatkowo potęgowany przez nieustanne opadanie wokalu. Niby zaczyna się kilka tonów wyżej, niż całość artykulacyjna, ale tylko po to, by opadać wraz z rozwojem utworu. Rogucki w pełnej krasie!
Mama 01 z kolei zaskakuje całkowitą zmianą tonacji. Pogodne, wysokie dźwięki zbliżające się brzmieniem do dzwoneczków, jasny wokal i wytłumiona, rozkołysana gitara – tak przedstawia się w skrócie konstrukcja tego utworu. Dość ciekawym zabiegiem jest wydłużenie każdej z poszczególnych całostek artykulacyjnych na kilka taktów i doprawienie ich echem – dzięki temu możemy mieć wrażenie, że słuchamy nie piosenki, lecz kazania z ambony. I rzeczywiście pierwsza część utworu nawet w sferze tekstowej wydaje się odwoływać do języka religijnego (Przytul się do serca. A nie dopadnie zły. Życia sprzeniewierca). W drugiej części jednak głos jakby zstępuje na ziemię, staje się mocniejszy, a tekst okazuje się być wygłaszany przez ściśle określoną i żalącą się jednostkę. Ciekawy zabieg artystyczny, choć trudno tutaj rozpoznać dawnego, rozpaczliwie pomstującego na ten marny padół Roguckiego. Bardzo podobnie wygląda sprawa w wypadku utworów – Całuj Się! i Ludzkie Wrony.
Emotions to jeszcze inna historia. Dźwięki i instrumentarium zaczynają gęstnieć, podstawą kawałka są mocne gitarowe riffy i silnie zaakcentowana linia perkusji. Pikanterii całości dodaje krzykliwy, pełen wściekłości wokal. Jest brudno, dziko, jadowicie i bardzo dynamicznie! Zdecydowanie z życiem! Druga część utworu przynosi pozorny powiew łagodności – gitary stają się nieco bardziej rozkołysane, kołysząc swoją melodią także głos, a perkusja oddala się do pozycji rytmizującego tła. Paradoksalnie jednak ta gwałtowna zmiana melodyki całkiem dobrze harmonizuje z poprzednią częścią kompozycji i nadaje jej lekkości.
Wanna z kolei powraca do melancholijnej wymowy, tak bardzo kojarzącej mi się z Piotrem Roguckim. Pierwsza część utworu zarówno gitarowo, jak i wokalnie lawiruje gdzieś nad szerokimi pasmami dźwięków molowych. Pozornie można by sądzić, że kompozycja wzlatuje w górę ale ponieważ jest to przewrotne, półtonowe unoszenie się i dodatkowo gęsto upstrzone spadkami muzyczna wymowa jest dość posępna. Druga część utworu przynosi mocne gitarowe riffy i ostry, pełen żalu i goryczy wokal. To jest właśnie ta część w której z cienia nareszcie wychodzi dawny Rogucki – ten, który zawsze był mistrzem w nastrojowym moderowaniu zarówno kompozycji jak i słuchacza (pod koniec zawsze zostawałeś sam, odarty z wszelkich nadziei i ze spuszczoną głową).
https://www.youtube.com/watch?v=ssLRx8gMRM4
Mama 02 w opozycji do Mama 01 rozpuszcza swoje muzyczne wici w stronę ciążących dźwiękiem i donośną artykulacją brzmień molowych. Proszę jednak nie zatracać się w tym nastroju, bo już po kilku chwilach pojawiają się klawisze i syntezatory, chwilowo zawieszające zarówno atmosferę, jak i bieg utworu. Wszystko po to, by w drugiej zwrotce zaatakować nas pełniejszym, bardziej donośnym i głębszym brzmieniem. Nie dajcie się ponieść – już za chwilę wszystko porysuje sekcja klawiszowa, ponownie burząc cały porządek kompozycji i gwałtownie się urywając, zostawiając nas w jakimś nieukojonym oczekiwaniu. Proszę zwrócić uwagę na końcową część utworu – to istny majstersztyk. Brzmienie robi się coraz cięższe, iwarstwa instrumentalna wydaje się gęstnieć i mimo że każdy jej element podąża swoją ścieżką, całość łączy się w jedną bardzo precyzyjną i, przewrotnie powiem, harmonijną w swym chaosie całość. Pod względem techniki i warstwy kompozycyjnej to prawdopodobnie jedna z najtrudniejszych i zarazem najciekawszych propozycji na całym krążku.
Muszę Mieć to apogeum chaosu i rozproszenia, o którym mówiłam wcześniej. Dźwięki rozjeżdżają się we wszystkie strony, dynamika spada, wokal gubi się we własnych ścieżkach. Tu i ówdzie pojawiają się jakieś zagubione beaty, pochodzące z całkowicie innej stylistyki, echa, dźwięki oddające brzmienie syren, czy też psów – do końca nawet nie wiemy.. Wszystko po to, by pokazać chaos rzeczywistości, w którą został wrzucony bohater, oddać ją w pełnej krasie, czyli dokładnie tak samo porysowaną dźwiękiem, jak jawi się nam na co dzień.
Album zamyka ponura, pogrzebowa wręcz kompozycja Płyń. Jej konstrukcja jest oparta na zanurzonych w tonacji molowej syntezatorach i krystalicznie czystym, pełnym tęsknoty wokalu Izoldy Sorenson. Utwór tylko pozornie rozwija się w czasie, tak naprawdę jednak jest jednym wielkim epilogiem. Dzięki temu, że w pierwszej części ścieżka wokalna wypuszcza się dość daleko, jednocześnie nie wykazując żadnej powtarzalności w myśl układu „zwrotka-refren-zwrotka”, ostatnie dźwięki odbieramy jako urwane, poszarpane, niekompletne. I właśnie z tą niekompletnością zostawia nas Rogucki. Reszta należy do nas.
Mimo, że krążek może wydawać się dość niespójny, jest jedna bardzo mocna rzecz, która łączy go w całość – chaotyczna kondycja świata i jednostki, która się w nim znajduje. Każdy z utworów jest dokładnie tak samo zmienny i nieprzewidywalny jak my sami dla siebie i świat dla nas. Muzyka ma być tutaj idealnym odbiciem życia – a więc nie nieustanną fuzją gitarowej energii, czy rozpaczliwymi wyrzutami skierowanymi do wszystkich i wszystkiego. Przecież nie tak wygląda życie! Wprost przeciwnie – zawsze jest połamane, niepełne, nie wybrzmiewa do końca, mimo że taką mamy nadzieję. Dramaty nigdy nie są w pełni dramatyczne, euforia, daleka od radosnego szału. Taka właśnie jest płyta J. P. Śliwa – nieprzewidywalna, trzymająca słuchacza w ciągłej gotowości, przekornie połamana, wymagająca! Co nie znaczy, że dawnych wyczynów Roguckiego nie wspominam z łezką w oku. Może były prostsze, może przekaz był bardziej jednoznaczny, może mniej w ich konstrukcji było postmodernistycznych meandrów, a więcej prostodusznego przekazu.. Może i tak.. Czy to jednak oznacza, że były mniej cenne?.. Tak czy inaczej album doskonały!

