Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o tym, że Piotr Rogucki (wokalista rockowej grupy Coma) wydaje drugi solowy album, moja radość była nie do opisania. Wreszcie! Jeden z moich ulubionych muzyków, do którego tekstów pałam niezmierzoną miłością, zdecydował się wydać kolejną płytę!
Po niezwykle klimatycznym, ciekawym pod względem muzycznym, jak i tekstowym, krążku Loki – wizja dźwięku, nadszedł czas na kolejny. Płyta 93 – 2003 nie miała być kontynuacją historii Lokiego, bohatera pierwszego solowego wydania Roguca, a swoistym odświeżeniem nieco starszego dorobku muzyka. Jak sam tytuł wskazuje – miała zawierać utwory powstałe w okresie 1995 – 2003, czyli przed zawiązaniem grupy Coma. I tak na krążku znaleźć się miały takie piosenki, jak na przykład Ulotność albo Chimery. Ukazał się pierwszy singiel, czyli Piosenka pisana nocą (którą zresztą niektórzy mylą z twórczością nie Roguckiego, a już Comy) i wiadomo było, że słuchaczy czeka szok albo,co najmniej zdziwienie.
Stało się. 11 czerwca 2012 roku nastąpiła premiera drugiego solowego albumu Piotra Roguckiego. Pierwsza myśl po przesłuchaniu? „Co to jest?!” Co się stało z tymi starymi pięknymi utworami, posiadającymi ten magiczny klimat i to COŚ w sobie? Co się stało z moimi ukochanymi Wronami? Co z piękną (w starej wersji) balladą A my??!
Każdy utwór na płycie przeszedł niebywałą metamorfozę. Niestety, nie na lepsze. Do współpracy nad albumem, Rogucki, zaprosił Mariana Wróblewskiego, który pracował także przy Lokim…. Tym razem nie był to dobry pomysł. Nowe aranżacje starych piosenek przyćmiewają głębię ich tekstów i wagę słów. Wszechobecne w kompozycjach przeszkadzajki, faktycznie przeszkadzają, a nawet denerwują. Nowe wersje muzyki do utworów, określiłabym mianem okołofolkowych, które wcale do nich nie pasują. Na płycie, spośród 11 kawałków, uchodzi jedynie stonowany Kot, za to np. Legenda o próżności to już muzyczna rzeź. Anioły można uznać za całkowicie bezpłciowe, a Chimery, czyli utwór, dzięki któremu poznałam twórczość Roguca, zagłusza sama muzyka; zresztą interpretacja tego tekstu też różni się od poprzedniej wersji. Et ceterra, et ceterra…
Choć na płycie najbardziej podoba mi się folia bąbelkowa z okładki (która nie „pstryka”, więc nie wiem, czy można ją uznać za udaną…), to na Roguckiego się nie obrażam, a wręcz przeciwnie – wybaczam. I z niecierpliwością czekam na jego nowy, miejmy nadzieję, lepszy solowy krążek.
