Site icon All About Music

Piekło, niebo, wszystko. Relacja z koncertu WaluśKraksaKryzys w Warszawie

Koncerty w środku tygodnia mają swoją własną poetykę. Nie są – jak duża część koncertów weekendowych – beforami, przed dalszą częścią wieczoru, wieczorem są same w sobie. To czyni je tak wyjątkowymi i robi z nich najprzyjemniejszy rodzaj koncertu, na jaki można się udać. Obecna na nim widownia oczekuje muzyki, nie imprezy.

fot. Agnieszka Dankowska

Nie zmienia to faktu, że wszyscy, którzy w ubiegły czwartek (19.10) przybyli do warszawskiego Kina Luna na koncert Walusia, odbywający się zaledwie kilka godzin przed premierą jego najnowszej płyty piekło + niebo – wszyscy tam dostali ucztę muzyczną, ale też mnóstwo zabawy samej w sobie. Koncert ogłoszony był przede wszystkim przez facebookową grupę Waluś Cię Kocha – i taki kanał komunikacji z odbiorcami wystarczył, żeby po brzegi wypełnić widownię kina.

Widownia wypełniona była więc najprawdziwszymi spośród fanów. Przekładało się to na bardzo zżytą atmosferę, tętniącą ekscytacją i oczekiwaniem na koncert i na płytę. Dowodem niech będzie moment, w którym na lekko zadane pytanie przez artystę, o to, czy wszyscy na widowni mają się dobrze, ktoś odpowiedział mu pytaniem, czy możemy wstać. Do tej pory bowiem ten punkowy koncert odbywał się z siedzącym udziałem widowni, jak na kino studyjne przystało. Od tego momentu jednak wszyscy wstali a elegancka sala w Lunie zamieniła się w ciemny muzyczny klub.

Waluś zaśpiewał dziesięć piosenek i były to tylko utwory z nadchodzącego albumu. Oznaczało to, że owszem było pośród nich kilka powszechnie już znanych przez słuchaczy – praktycznie na pamięć – singli, ale towarzyszyły im kompozycje nieznane, przy których słuchacze wsłuchiwali się po raz pierwszy w każde usłyszane słowo. Koncert nie został uraczony gośćmi, ale wykonane przez Walusia solo duety z płyty miały w jego ustach równie mocny charakter i skalę oddziaływania. Najmocniejszym momentem całego widowiska było właśnie pojedynczo wykonane COŚ NIECOŚ, chociaż bez Zdechłego Osy – chociaż może podkreślić trzeba, że w tym przypadku za drugi głos służyła cała widownia, śpiewająca razem z Walentym.

Na końcu podarowana została nam ostatnia, bisowa piosenka i już naprawdę trzeba było się żegnać, bo w sali obok zaczynał się seans z muzyką na żywo. Rzeczywistość kina studyjnego przeważyła nad wyobrażonym skłotem. Pozostaliśmy więc niesyci, nie usłyszawszy nawet na żywo wszystkich utworów z premierowego albumu. Pozostaje tylko szukać kolejnych wydarzeń artysty, jak wiadomo koncerty Walusia są silnie uzależniające.

Exit mobile version