Site icon All About Music

Peter J. Birch – The Shore Up in the Sky (2015), recenzja Marty Mrowiec

30 października premierę będzie mieć kolejna solowa płyta Piotra Brzezińskiego znanego jako Peter J. Brich. To artysta, który nie szuka rozgłosu na siłę, nie bryluje na salonach i nie podbija list przebojów. To artysta przez duże A, którego twórczość zabiera nas w piękny muzyczny świat.

Peter J. Birch naprawdę nazywa się Piotr Jan Brzeziński. Pochodzi z Wołowa, miasta położonego na Dolnym Śląsku. Artysta występuje zarówno solo jak i z zespołem. Na koncie ma ponad 400 koncertów, z czego ponad 100 dał poza granicami Polski. The Shore Up in the Sky to trzeci album w dorobku muzycznym Piotra. Wcześniej ukazała się EP-ka na In My Island (2010r.), album z pogranicza country i folku When The Sun Is Rising Over The Town (2013r) i Yearn z 2014r., który stanowił swoisty eksperyment z elektroniką. Na najnowszy albumie mamy mieszankę wielu gatunków przez bluesa, country po folk. Mimo swojej różnorodności album jest spójny i harmonijny głównie poprzez utrzymanie tego samego klimatu. Paradoksalnie niespójność gatunkowa staje się spójna poprzez klimat iście amerykańskiego folku. W tym wszystkim Peter pokazuje, że potrafi nagrywać utwory, przy których mamy ochotę tupnąć nóżką. Nie jest już wyłącznie melancholijnym chłopcem z gitarą. Na nowym albumie jawi się jako charyzmatyczny, pogodny i zdystansowany artysta. Podczas nagrań na tzw. setkę towarzyszyli mu muzycy z zespołu Two Timers z Poznania: Ernest Kałaczyński (gitara), Łukasz Rudnicki (bas) oraz Max Psuja (perkusja)

Nagranie albumu pokazuje również, że Peter potrafi improwizować czego zapewne nauczył się dając setki koncertów. Wszystko jest naturalne, bez udziwnień i sztuczności. I taka właśnie jest ta płyta. Szczera, barwna i skrywające wiele emocji, którymi artysta umiejętnie żongluje. Album otwiera bardzo klimatyczne Wake Up Luisiana, który dzięki swojej melodyjności nastraja nas pozytywną energią. Gallants to numer bardzo chwytliwy mimo że to ballada. Bardz9o spokojna i leniwa. W tym utworze na uwagę zasługują świetne partie gitarowe. Korzenie amerykańskiej muzyki alternatywnej wyczuwalne są w Self Idenity State of Mind. Dalej dostajemy delikatny, lekko ocierający się o contry kawałek Memphis Blues, który stanowi świetną przeciwwagę dla wcześniejszych, mocniejszych brzmień. Do tego zwróćcie uwagę na solówkę harmonijki ustnej. Podobnie jak w Everyday Chances, które rozpoczyna się właśnie od dźwięków harmonijki. Bardzo spodobały mi się ballady Ownbackyard oraz New Prince, które uwodzą swoją prostotą. Black Tombstone oraz Old Fashioned Hollywood to klimaty westernowskie, nieco szalone i bardziej żywiołowe. I’ve Got This Train to z kolei ukłon w stronę blusa głównie za sprawą gitarowych brzmień. Album zamyka tytułowy utwór, który pozwala na wyciszenie i refleksję.

Najnowszy album Piotrka jest bardzo dojrzały i wyrazisty. Zachwycają aranże, które w całym swoim pogmatwaniu układają się w spójną całość. Na pewno Peter ze swoją muzyką nie podbije list przebojów, nie porwie szturmem mnóstwa fanów, jednak jeśli trafi do wiernych słuchaczy na pewno pozostanie u nich na dłużej. To muzyka, która broni się sama i nie potrzebuje nr 1 na listach przebojów. Pozwólcie się porwać Peterowi w jego eklektyczny, muzyczny świat.

Exit mobile version