Site icon All About Music

Teraz i wtedy – najbardziej wszechstronny z całej czwórki. Paul Stanley’s Soul Station – Now And Then, 2021 (recenzja)

Najbardziej widoczną, wręcz ikoniczną twarzą KISS był i jest Gene Simmons, ale to Paul Stanley niezmiennie jest moim ulubieńcem wśród całej grupy i zdecydowanie najbardziej wszechstronnym muzykiem. Konsekwentnie podobała mi się muzyka, którą tworzył i wykonywał, w tym jego wyprawy na nowe brzmieniowe terytoria na które wprowadzał twórczość zespołu. Poza powszednimi zajęciami gwiazdy rocka jak pisanie książek, tworzenie dla innych artystów, czy malowanie – brał on również udział w mniej oczywistych przedsięwzięciach, takich jak granie głównej roli w produkcji Upiora w operze. Jednak w większości swojego czasu spełnia swoje zadanie jako autor piosenek, muzyk i wokalista, wydając w międzyczasie tylko dwa solowe albumy w ciągu ostatnich 40 lat: jego imienny album z 1978 roku, a także pop-rockowe Live to Win z 2006. Pomimo nieustających, wieloletnich tras koncertowych związanych z rodzimym zespołem, artysta znalazł czas aby stworzyć od podstaw całkowicie nowy projekt.


Stanley jest encyklopedią wiedzy o muzyce soul, a jego misją jest zachowanie i celebrowanie klasycznych utworów m.in. od The Temptations, The Delfonics, Smokeya Robinsona oraz The Miracles na swoim nowym albumie Now and Then, studyjnym debiucie jego zespołu na żywo o nazwie Soul Station. 11-osobowa grupa powstała w 2015 roku jako czysto performatywna formacja, ale ich koleżeństwo przekonało artystę do zabrania muzyków na wspólną sesję nagraniową. W jej rezultacie otrzymaliśmy pięć nowych utworów i osiem coverów w stylistyce Motown, R&B i filadelfijskiego soulu z lat siedemdziesiątych z takimi numerami jak żywiołowe The Tracks of My Tears, Just My Imagination, Let’s Stay Together i Baby I Need Your Loving .

W tego rodzaju mieszanych wydawnictwach zwykle sprawdza się jeden scenariusz: nagrywamy kilka niewiele wnoszących coverów oraz parę nowych kawałków, które po pierwszym zapoznaniu zostaną zapomniane. A fani i tak to kupią. Pewnie wiele osób miało podobne podejście do wydawniczego debiutu Soul Station, ale nic bardziej mylnego! Paul samodzielne napisał i zaaranżował od podstaw cały materiał, który brzmi, jakby pochodził z tej samej epoki, co ponadczasowa klasyka, która stanowi podstawę Now And Then. To kolejne świadectwo jego nieograniczonych zdolności i talentu muzycznego.

Oryginalnie wydana w 1972 roku przez The Spinners piosenka Could It Be I’m Falling In Love jest idealnym otwarciem debiutem Soul Station, który nadaje spotkaniu odpowiedni ton: z pasjonującym wokalem, jakościowymi aranżacjami i melodiami na pierwszym planie. Głos Paula Stanleya brzmi młodo z tego rodzaju muzyką, której całkowicie oddał się na tej płycie. Jej świeżość to po części zasługa zdolności adaptacji. Ich jasne, gładkie brzmienie nadaje temperament nawet najbardziej wysłużonym utworom. Będący kultowym utworem O-O-H Child z 1970 roku nagranym przez Five Stairsteps, został on wybrany jako główny singiel i był to rozsądny wybór. Wraz z uderzeniem perkusji Erica Singera i wejściem melodyjnego fortepianu po inspirujące harmonie, ten wówczas przedsmak nadchodzącej premiery stanowił bardzo dobry wstęp do nowego brzmienia kultowego artysty.

„Now” zbudowane na solidnych fundamentach „Then” jest zdecydowanie najważniejszym rozdziałem nowego projektu artysty. Covery są ciekawie zaaranżowane i mają swój osobliwy klimat, natomiast to co czekało na nas wśród premierowych kompozycji przeszło moje wysokie oczekiwania. I, Oh I mało tego, iż jest najlepszą piosenką na całej płycie, znalazła się na szczycie mojej personalnej liście najlepszych nowości tego roku, a także jest jednym z najwspanialszych utworów muzycznych, jakie autor napisał w ciągu ponad 50-letniej kariery. Niezwykle chwytliwy tekst z wzniosłym refrenem i perfekcyjną aranżacją uzależniła mnie już po pierwszym razie. W ostatnich latach w szeregach KISS można było dostrzec spadek wokalnej formy artysty, natomiast tu jego głos brzmi niesamowicie pewnie, czysto i z dużą ilością emocji. W końcu Paul Stanley słynie z jednego z najbardziej charakterystycznych głosów nie tylko w świecie rocka. Jedyne zastrzeżenie kieruję w stronę coverów, głównie Ooo Baby Baby, gdzie wokalista zbyt mocno forsuje falset na przestrzeni całego utworu. Interesująco natomiast brzmią takie utwory jak osadzone w klasyce rozmarzonego soulu I Do, czy elektryzujące Save Me (From You) z lekko rockowym posmakiem. Dla takich utworów naprawdę warto uzbroić się w duże pokłady cierpliwości.

Do premier zalicza się również niestandardowy jak na tę płytę duet Whenever You’re Ready (I’m Here) wykonany z jedną z wokalistek Soul Station, a także ciepłe, solowe Lorelei, które jak każda solidnie wykonana piosenka, tworzy epickie crescendo z przepełnionym pasją wokalem, opowiadającym pewną historię. Słyszenie, jak głosy Erica Singera i Paula Stanleya nakładają się podczas spektakularnego zakończenia tego utworu, z dodanymi harmoniami, przyprawia o gęsią skórkę. To jedna z tych piosenek, które po latach wciąż siedzą w pamięci.

Chciałem piosenek, które zbliżałyby ludzi do siebie, kiedy robiliśmy koncerty. Podobała mi się ich jakość oraz orkiestrowe aranżacje i piosenki, które dotyczą związków. Nigdy nie przepadałem za męskością, która opiera się na napinaniu mięśni – myślę, że męskość bierze się z bycia w stanie pokazać wrażliwość i to jest to, co niektóre z tych piosenek robią tak dobrze. To ktoś, kto nie wstydzi się powiedzieć, że za kimś tęskni lub żałuje, że zrobił coś inaczej.

Szalone, jak człowiek który poświęcił dla rocka ponad pół wieku, przedstawia się od całkowicie innej muzycznej strony. I robi to w tak jakościowy, wykwintny sposób. Słuchając całej płyty mogę z całą stanowczością stwierdzić, że jest to jedno z najbardziej inspirujących ujęć tego rodzaju muzyki, jakie kiedykolwiek słyszałam. Musiałam sięgnąć do bookletu, ponieważ nie mogłam stuprocentowo ocenić, które piosenki napisał Paul, a które były klasycznymi coverami (te, których dotąd nie znałam). To komplement. Artysta u progu siedemdziesiątki wciąż się rozwija, przekraczając muzyczne granice spełnia dotąd niespełnione artystyczne wizje jednocześnie trzymając się swoich życiowych wartości.

Exit mobile version