Site icon All About Music

Passenger – Sometimes It’s Something, Sometimes It’s Nothing At All (2019), recenzja Sebastiana Torbicza

Jego osoba stała się znana szerszej publiczności w 2014 roku, kiedy to wydał singiel Let Her Go. Szturmem wdrapał się na listy przebojów w wielu europejskich krajach i nie tylko. Jeśli chodzi o większe sukcesy to ciężko szukać innych. 2 maja na półki sklepowe trafił album Passengera, a właściwie Michaela Rosenberga ukrywającego się pod tym pseudonimem artystycznym. Krążek nosi nazwę Sometimes It’s Something, Sometimes It’s Nothing At All.

Passenger to brytyjski wokalista i autor tekstów, obracający się w gatunkach folk rocku i folk indie. Jego twórczość nastawiona jest raczej na spokojne brzmienia, niż porywającą tłumy muzykę rozrywkową. Wartym zauważenia jest fakt, iż cały zysk ze sprzedaży albumu artysta przekazuje organizacji charytatywnej na rzecz bezdomnych w Wielkiej Brytanii. Na płycie znalazło się 10 kompozycji, zaś jego zapowiedzią były utwory Restless Wind, czy też Helpessly Lost. Pierwszy z nich jest otwarciem całego albumu, który w całości zaaranżowany został na wokal gitarę akustyczną i kwartet smyczkowy. Trzeba przyznać, że dość rzadko spotykany zabieg artystyczny w mainstreamowym świecie muzyki, ale za to charakterystyczny dla Passengera. Długość trwania utworów jest kolejną cechą tego albumu, gdyż w zasadzie większość z nich trwa po niżej 3 minut, co przekłada się na to, że cały album zajmuje tylko 28 minut. Słuchając go, piosenka po piosence można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z jednym, długim utworem. Przyznam, że momentami w trakcie słuchania zdarzyło mi się nie zauważyć, iż wszedł kolejny utwór.

Mocną strona Passengera jest warstwa liryczna jego utworów. Teksty na wysokim poziomie. Natomiast, bardzo nudzące słuchacza są powtarzane w kółko motywy grane przez gitarę w kolejnych utworach. Pokuszę się tu o stwierdzenie, że album został napisany w jednym tempie. Z dwoma wyjątkami, z tempem poniżej „tempa Passengera”. Tym pierwszym jest utwór Only Time, zaś drugim zamykające album Winter Coats. Motyw grany przez gitarę w Winter Coats, przypomina ten z utworu Let Her Go. Nie powinno to dziwić, gdyż w swojej twórczości artysta często sięga po sprawdzone przez siebie brzmienia, co da się wyczuć słuchając tego krążka. Bardzo monotonna warstwa muzyczna nie zachęca, wręcz usypia w trakcie słuchania. Stąd polecam go na wieczór – dobry wybór do spania.

Jeśli mam być szczery, to tym co ratuje ten album jest wspomniana wcześniej warstwa tekstowa i bardzo ciekawa barwa głosu Passengera. Nie ma wielu artystów o takim głosie. Album zdecydowanie mnie nie porwał. Gdybym miał coś pochwalić, to warto zwrócić uwagę na obecność kwartetu smyczkowego, gdyż jego brzmienie w niektórych utworach może zaintrygować i jest pewnym światełkiem w tunelu. Album polecam osobom lubiącym bardzo spokojne brzmienia. Znajdziecie ich tu z pewnością wiele.

Exit mobile version