Site icon All About Music

Panic! at the Disco – Too Weird to Live, Too Rare to Die! (2013), recenzja Anny Polcyn

We mnie zasiali prawdziwą panikę. Pierwsze przesłuchanie płyty wprawiło mnie w osłupienie. Anka, nie masz wyjścia. Tej płyty nie da się ocenić inaczej. To jest dobre.

Dwa lata po ostatnim Vices & Virtues dostajemy kolejny, czwarty studyjny album. Too Weird To Live, Too Rare To Die. Każdy album brzmiał inaczej od pop punku do synth electro. Teraz otrzymujemy 32 minuty i 32 sekundy dobrego grania, a precyzyjniej…

This is Gospel – nie wiem, na jakiej planecie – mi w niczym nie przypomina to muzyki, jaką sugeruje tytuł. Chociaż to chyba dobrze. Zaczynamy bitem przypominającym bicie serca. This is the bit life. Pierwsza piosenka naprawdę wpada w ucho, szczególnie refren oraz chórki i zachęca do dalszej podróży muzycznej. Miss Jackson – zaczynamy od ciekawego głosu Lolo. Piosenka nieco odchodzi od konwencjonalnego popu i przechodzi w nieco popowy hip hop. To kolejna piosenka, która nie spada z pułapu tak zwanych wpadających w ucho. Trudno się, więc dziwić, że została wybrana na singiel. Czyżby cały krążek miał się okazać komercyjnym ideałem?

Vegas Lights – początek rodem z podwórka Vegas, potem wchodzi bit z lat disco. Przenosimy się na salę taneczną lat 80-tych. Elektroniczne tło chcąc nie chcą wywołuje w nasz potrzebę chociażby podrygiwania nóżką. Tak mnie zachęciła ta piosenka, iż odważę się na użycie słowa – faworyt albumu.

Girl That You Love – i od razu robi się tak jakoś romantycznie, sugerowałby tytuł. Całe szczęście nie nudno, jak to często bywa z miłosnymi piosenkami. Elektronika na bardzo dobrym poziomie, aż miło posłuchać. Tekst może nie pokazuje wielkiego kunsztu pióra, choć pokazuje jak uczucia wystają poza logikę. Muzycznie jednak nie mogę się do niczego przyczepić. Nicotine – śmiesznie się złożyło, bo właśnie przy słuchaniu tej piosenki odpaliłam papierosa (dzieci nie palcie). Zaczynamy skocznie, Panic! at the Disco nie schodzi z tempa. Cały czas utrzymuje w nas, a nawet powiedziałabym podsyca w nas energię i pozytywne emocje, może w niektórych obudzi nawet tancerza. Ostatnio mało bywam na imprezach, ale nie zdziwiłabym się gdyby to leciało w klubach. Refren wciąż gdzieś mi pobrzmiewa – nicotiiiiiine! Girls/Girls/Boys – ach ta przewaga kobiet, nawet w tytule, ucieszyłyby się feministki. A tak na poważnie, po raz kolejny dobra nuta, chociaż jeżeli porównać ją do poprzednich wypada nieco średnio. Niby wszystko brzmi i współgra, ale jednak czegoś brakuje. Casual Affair – nigdy bym się nie spodziewała, iż tak dobrze ocenię płytę PatD, ale słyszeliście ten początek? Jestem pod wielkim wrażeniem. Mocny, zachęcający, z pogranicza elektro i dubstepu. Nawet bawienie się w zmienianie elektronicznie głosu i wydłużanie, które zawsze mnie denerwowało wydaje się być tam idealne, a szeptane jak mantra słowa w tle wydają się świetnie współgrać z całością. Kończące klasyczne pianino jest genialnym dopełnieniem.

Far Too Young To Die – zaczynamy okropnym dźwiękiem syntezatora, którego nie lubię, choć to jego klasyczne brzmienie. Potem wchodzi bit i jakby wszystko zostało rozświetlone i już muzycznie nie uwiera moich uszu. Collar Full – czyżbym słyszała gitarę i perkusję zamiast tylko elektroniki? Poskakać by można i to wszystko. Finezji ani niczego nowego tutaj nie pokazali. Szybkie tempo, trochę wolniej przy zwrotce i ponownie szalejemy w refrenie. Prosty zabieg, sprawdza się i sprzedaje, ale ta piosenka nie zdobyła mojego serca. The End of All Things – i równocześnie koniec płyty. Po raz kolejny, w tym albumie słyszymy pianino i ku memu wielkiemu zaskoczeniu smyczki. Na sam koniec zostaje zaserwowana nam ballada. Czy to dobry pomysł, by tak przystopować rozniecaną w nas przez cały czas energię? Z jednej strony, może to dobrze, że coś nas wyciszy, że zostaje zaprezentowana bardziej liryczna strona zespołu. Z drugiej zaś strony czy umieszczenie tego utworu na sam koniec to nie samobójstwo, po takiej dawce energii? Każdy zinterpretuje jak chce. Ja przewinę sobie do żywszych kawałków. Wracając jednak do samego utworu przez cały czas miałam wrażenie, iż wyższe partie głosowe w końcu doprowadzą do kulminacji głosowo – melodyjnej. Niestety taka niespodzianka mnie nie spotkała. Jest to jakieś rozczarowanie, bo ballada budzi pewnego rodzaju napięcie i pozostawia z niczym, poza tym nic do zarzucenia.

10 utworów i prawie tyle samo strzałów w dziesiątkę. Spodziewałam się czegoś gorszego i może, dlatego wydaje mi się to tak dobre albo po prostu jest. Nie da się ukryć, że w porównaniu do wielu piosenek bez potencjału, w tym skomercjalizowanym świecie to jest bardzo bardzo dobra płyta. Polecam każdemu przesłuchanie i pozostaje w zdziwieniu, czemu nie słyszę w radio tych kawałków na okrągło.

Exit mobile version