Wyobraźcie sobie, ze dwa lata temu wydaliście album marzenie. Hit za hitem. Było o Was głośno, zdobywaliście szczyty zestawień. Tym razem, z nowym materiałem chcecie zrobić dokładnie to samo. Ba! A nawet może więcej. I wiecie co? Udaje wam się, ale tylko w połowie. Dokładnie tak jak grupie Panic! At The Disco i ich najnowszemu krążkowi Pray For The Wicked.
Panic! At the Disco to amerykański zespół, który ogromną popularność zyskał dzięki takim hitom jak I Write Sins Not Tragedies, The Ballad Of Mona Lisa czy Death of a Bachelor. Grupa pod przewodnictwem charyzmatycznego wokalisty Brendona Urie ma na swoim koncie sześć albumów studyjnych. Najnowszy z nich – Pray For The Wicked swoją premierę miał 22 czerwca. W Polsce na sklepowych półkach pojawił się dzięki Warner Music Poland.
Płytę należy podzielić na utwory dobre i bardzo, bardzo dobre. Może zacznijmy od tych utworów, które nie wbijają w fotel, ale trzymają wysoki poziom. Zdecydowanie należy wymienić tutaj kompozycje takie jak: High Hopes, Dancing Not A Crime, Roaring 20s (trochę przekrzyczana i zbyt siłowa), One of the Drunks czy Old Fashioned. Najmocniejszymi punktami tych wszystkich utworów są refreny, które urzekają od pierwszych dźwięków. Brandon zdecydowanie zadbał o warstwę melodyczną, słychać jego wizję i czuć, że miał pomysł na te kawałki.
Druga grupa to, w moim odczuciu, bezapelacyjne majstersztyki, które nie tylko pokazują kierunek w jakim grupa absolutnie powinna iść Hey Look Ma, I Made It (z bardzo charakterystycznym, tanecznym i wpadającym w ucho refrenem), (Fuck A) Silver Lining (z ciekawym tekstem i rewelacyjną sekcją dętą), Say Amen (Saturday Night) – pierwszy singiel, Brandon zdecydowanie wokalnie wspina się na wyżyny, The Overpass (mocne, z pazurem) King of the Clouds (ponownie, najmocniejszym punktem refren), Dying in LA (przepiękna magiczna ballada).
Materiał na Pray For The Wicked jest bardzo teatralny, słychać, że Brandon dobrze czuje się w prawie brodwayowskim stylu. Panic! zadbali również o dużą gamę nieprzeciętnych dźwięków. Słychać wyraźnie, że to jest płyta, na której Brandon zdecydowanie tworzy to co chce, nie boi się swojej wizji muzyki. Jak sam wspominał, szósty studyjny krążek zaskoczył go i nie spodziewał się, że utwory jakie się na nim znalazły będą brzmieć tak jak brzmią.
Panic! At the Disco, jak wiadomo, nigdy nie wydali dwa razy takiego samego brzmieniowo albumu. Jednak na Pray For The Wicked Brandonowi w końcu udało się skierować tą jego artystyczno-chaotyczną, nieco roztrzepaną postawę konkretnie na album studyjny. Dzięki temu krążek jest jednocześnie energiczny, różnorodny i spójny. Obrana przy poprzedniej płycie ścieżka, jak słychać, opłaciła się, jednak żeby tak naprawdę przekonać się do tej płyty potrzeba kilku podejść.
Słuchając tego albumu odnoszę jednak wrażenie, że Brandon chciał w niektórych momentach za bardzo, za mocno stworzyć utwory perfekcyjne w każdym calu. Stąd określenie „więcej nie znaczy lepiej” idealnie tutaj pasuje. Ten album jest świetny, jednak gdyby podzielić niektóre melodie przez pół, Panic! At The Disco miałoby na koncie kolejne arcydzieło. Tak, niestety, zostaje tylko album nieprzeciętny, w niektórych momentach rewelacyjny. No właśnie, tylko w niektórych…
Płyta jako całość jest bardzo przemyślana. Szybkie, skoczne, radosne utwory to zdecydowanie przewaga i mocny atut tej płyty. Z drugiej strony trochę szkoda, bo Brandon w balladach brzmi niesamowicie. Panic! At The Disco wie jak tworzyć niezapomniane kawałki. A Pray For the Wicked jest tego kolejnym niezaprzeczalnym dowodem.

