Site icon All About Music

Owl City – Mobile Orchestra (2015), recenzja Michała Szuma

Biorąc na warsztat album Mobile Orchestra brałem go trochę jak kota w worku, gdyż Owl City było mi znane jedynie z utworu Fireflies. Na tej podstawie mogłem wysnuć wniosek podobny do tego, który wysnułbym na temat stanu polskiej muzyki słuchając jedynie Gangu Albanii. Cóż… srogie porównanie jak na początek, dlatego szykuje się ostra jazda. Zapraszam!

Jak się dowiedziałem, jeszcze przed wysłuchaniem płyty, Owl City to synthpopowo-elektroniczny projekt Adama Younga i w tym momencie przeszły mnie ciarki. Nie czuję się zbyt mocno w recenzowaniu popowych albumów, ale kto powiedział, że los redaktora muzycznego zawsze jest prosty. Ba! Szczególnie, że ów redaktor sam sobie taki los zgotował. Jako, że lubię wyzwania i to, co nieznane, postanowiłem nie pękać i dziarsko odpaliłem Mobile Orchestra na Spotify.

Jak się okazało po pierwszym przesłuchaniu, album ten nie jest jednak zbyt dużym wyzwaniem. Jest to typowy, komercyjny twór, których na rynku są dziesiątki. Całość zaczyna się od piosenki Verge, na której zagościł Aloe Blacc (znany chociażby z utworu Wake Me Up, którego autorem jest Avicii). Fakt – piosenka jest bardzo przyjemna, pozytywna i skoczna, jednak nadal wieje od niej tandetą i wrażeniem, że słyszało się to już milion razy. Tutaj jakieś podbijanie tempa przed refrenem, tutaj jakieś gwizdy po refrenie – znane i przewałkowane już po stokroć.

Album na szczęście nie jest długi, dlatego kolejne piosenki, choć w dosyć oklepanej atmosferze, przemijają na playliście w tempie Pendolino (bynajmniej nie polskiego). Po dawce dyskotekowego szaleństwa pora się OCZYWIŚCIE nieco uspokoić, dlatego piosenka I Found Love jest do tego celu idealna. OCZYWIŚCIE tekst musi dotyczyć miłości, bo po każdej imprezie wszyscy się kochają i padają sobie w ramiona. Nie mogło też zabraknąć OCZYWIŚCIE oryginalnych metafor, epitetów i animalizacji typu „Czuję się, jakbym umiał latać” czy „to idealny dzień, aby odpłynąć”. (Zieeeeew….)

Następnym kawałkiem na płycie jest kolejna propozycja wprost z parkietu Ibizy Grabinek. Pojawiają się w niej jakieś dupstepowe motywy czy inne szmery-bajery, ale naprawdę nie mam ochoty na dłuższe rozżalanie się nad szczegółami. Przejdę może zamiast tego do momentu, który najbardziej przypadł mi do gustu, a mianowicie do piosenki Unbelievable.

Kawałek ten został nagrany we współpracy z Hanson, którzy niegdyś łamali serca młodych amerykanek, a mi pomogli w wymianie karteczki z ich podobizną na karteczkę Dragon Ball  (pamiętacie te segregatory i karteczki z różnymi obrazkami? O tym właśnie mówię :) ). Piosenka opowiada o losach typowych, amerykańskich dzieci kilkanaście lat temu, kiedy to dziewczyny były największymi wrogami chłopaków, a ci całe dnie spędzali przed Nintendo. Pod względem muzycznym, to oczywiście szału nie ma i staniki nie latają, ale szata liryczna wymiata. Przy tej okazji sam przypomniałem sobie jak to było, kiedy ja miałem kilka lat i od rana do wieczora spędzałem na podwórku, a do domu wracałem jedynie na obiad, Dragon Ball i sen. Ehhh piękne czasy…

Drugim momentem, który przykuł moją uwagę na dłużej, jest ten w trakcie piosenki Back Home. Piosenka jest bez dodatku wielu sztucznych barwników i konserwantów w postaci elektroniki, dlatego bardzo miło pieści uszy. Konkretnie robi to miło przygrywająca gitara, która początkowo wprowadza świetny i delikatny klimacik, który następnie stopniowo jest podbijany przez perkusję i wstawki zagrane gitarą elektryczną. Jako, że płytę słuchałem głównie w pracy, toteż nie miałem początkowo zbyt dużo uwagi na to, aby skupić się na tekście, a jedynie na melodii. Jednak w wolnej chwili wsłuchałem się w słowa i zatęskniłem za domem, w którym nie byłem już ponad miesiąc, o ironio – przez pracę.

Jako, że płyta trwa niecałe 35 minut, co jest chyba aktualnie standardem w mainstreamowych wydawnictwach, toteż pora podsumować moją recenzję. Album Mobile Orchestra nie zachwycił mnie, nie porwał, ani nie wywołał zachwytu, ale też nie zniechęcił mnie do popu. Jest on idealną propozycją dla osób, które lubią lekką i miłą muzykę w drodze do pracy czy szkoły, jednak mi osobiście szybko się znudził. Nie liczyłem na zbyt ambitne podejście do sprawy, dlatego też się nie zawiodłem. Płyta ma parę przyjemnych momentów, jednak cała reszta zlewa się jedną nicość, przez co nie zapadnie ona zapewne na dłużej w mojej pamięci. „Umarł król, niech żyje król” – kolejne płyty czekają w kolejce!

Exit mobile version