Na początku listopada swoją premierę miał trzeci album studyjny zespołu Ørganek. Na razie stoję, na razie patrzę to równocześnie drugi projekt grupy, który ujrzał światło dzienne w tym roku. Pod względem muzycznym, tematyki, znacznie jednak różni się on od nagranego we współpracy z Muzeum Powstania Warszawskiego wydawnictwa Ocali nas miłość. To jednak zaskakujące, że jeden zespół jest w stanie zaprezentować światu, w odstępstwie zaledwie trzech miesięcy, tak wartościowe i ważne albumy. Bo nie da się użyć innych słów w stosunku do Na razie stoję, na razie patrzę, który stoi w centrum tej recenzji.
O tym, że zespół Ørganek pracuje nad następcą genialnej Czarnej Madonny było wiadomo już od mniej więcej 2019 roku, kiedy to pojawiały się pierwsze wzmianki na temat potencjalnego wydawnictwa. Jego pełnoprawną zapowiedzią został singiel POGO, który miał swoją premierę w lipcu ubiegłego roku, potem przyszła kolej na numer z misją i bardzo ważnym przekazem, czyli Walcz. Grupa oficjalnie zapowiedziała album Na razie stoję, na razie patrzę dopiero w lipcu, miał się on pierwotnie ukazać 8 października, jednak z powodów produkcyjnych, został wydany miesiąc później, dokładnie 5 listopada.
Tytuł brzmiący odrobinę jak ostrzeżenie, zwłaszcza, gdy połączymy go z przedstawiającą trójkę młodych ludzi (i Tomka Organka z Zulą w tle) okładką, od razu zwraca uwagę. Fraza, którą odczytuje nieco jako swoistą przestrogę, jest zaskakująco aktualna w obecnych czasach, gdy politycy gotują młodym ludziom niezbyt łatwe czasy, pełne uprzedzeń i podziałów. A Ci, póki co, stoją i obserwują, ale już niedługo… Skąd pomysł na taką właśnie oprawę graficzną (za projekt której odpowiada Anety Doromiejczuk)? Jak wytłumaczył sam zespół:
Okładka powstawała długo, bo szukaliśmy sposobu jak uchwycić ducha teraźniejszości. Mamy nadzieję, że to się udało.
Tak, zdecydowanie się udało. A autorem tego zapadającego w pamięć zdjęcia jest Karol Kacperski.
Warstwa wizualna tego albumu jest bardzo ważna, będę do tego tematu jeszcze wracała, kluczowa jest jednak muzyka. Zacznę od singli, poczynając od pierwszego, czyli POGO. Pamiętam, że gdy go pierwszy raz usłyszałam, była bardzo zdziwiona i trochę… przerażona. To nie były dźwięki, z których kojarzyłam Ørganka. Ta mocna dawka elektroniki, połączona z gitarowym brzmieniem, szybko jednak wpadła mi w ucho i dała do myślenia, by nie szufladkować artystów. Zwłaszcza w czasach, gdy takie dźwięki naprawdę wróciły do łask, a swoją wściekłością są w stanie idealnie wyrazić obecne, społeczne nastroje. Te w punkt, ale w w cholernie przykry sposób, oddaje fraza Pół Polski idzie w Pogo, robi się trochę nerwowo. Cały nastrój podkreślają jeszcze okładka singla, czyli stylizowany na graffiti rysunek, przedstawiający podzieloną piorunem na pół, niczym serce, Polskę. Ważny jest też teledysk, który oglądany teraz, od razu przywodzi mi na myśl najnowsze Wesele Wojtka Smarzowskiego. Co ciekawe, klip do POGO miał swoją premierę ponad rok przed trafieniem do kin tego filmu. To w jakiś sposób interesujące, że twórcy dostrzegają sytuację ślubu, wesela jako idealną, by oddać, pokazać współczesne stosunki międzyludzkie. Już w tym obrazie Tomek Organek występuje jako ktoś, kto głównie stoi i patrzy, a więc niejako już wtedy zapowiedział nam główny motyw płyty.
Kolejno, dosłownie kilka dni po Nowym Roku, zapoznaliśmy się z numerem Walcz, najlepszym, moim zdaniem, z całego albumu. Jego wydaniu towarzyszyła zakrojona na ogólnopolską skalę akcja informacyjna, promująca Mapę Wsparcia, zawierającą listę ośrodków oferujących pomoc psychologiczną. Tekst opowiada o momencie kryzysu psychicznego, gdy każdy kolejny dzień staje się dla człowieka przestrzenią walki. Lider zespołu powoływał się na własne doświadczenia:
W listopadzie przeszedłem COVID-19. Fizycznie przebieg samej choroby nie był aż tak straszny. Bardziej dotknęło mnie chroniczne zmęczenie, kłopoty z pamięcią, koncentracją. Trwało to dobrych kilka tygodni, właściwie trwa do dzisiaj, ale w zdecydowanie mniejszym stopniu. No i przede wszystkim – doświadczenie kryzysu psychicznego, czyli to, o czym jest „Walcz”
wyjaśnił Tomek Organek w wywiadzie dla serwisu wp.pl
Metaforą walki, ale także sposobem na radzenie sobie z problemami, staje się tu taniec. O tej formie sztuki, jako sposobie wyzwolenia mówiła np. cała twórczość nieżyjącego już performera Rafała Urbackiego, o różnych sposobach używania tańca jako narzędzia działania można wyczytać w antologii Świadomość ruchu. Teksty o tańcu współczesnym, zwłaszcza w ciekawym tekście Dlaczego ludzie tańczą. Jestem kulturoznawczynią, nic więc dziwnego, że szybko nasunęły mi się różne konteksty, związane z tym, jak sens piosenki tłumaczył sam Organek. Tym bardziej jest to genialne, że wyłożył on we współczesnej muzyce tą metaforę. Muzycznie ciężko nie dostrzec tu odwołań do dźwięków charakterystycznych dla lat ‘80, delikatnie dotkniętych w pierwszym singlu, tu już stanowiących motyw wiodący. Genialny klip, w reżyserii Agaty Trzebuchowskiej z odwołaniami do filmu Siódma Pieczęć, stanowi tylko uwiecznienie sensownej całości.
Wydany jako trzeci singiel Doppelgänger już od pierwszych dźwięków skojarzył mi się z dźwiękami zespołu Kult, ale też chyba najbardziej ze wszystkich kompozycji z płyty nasuwa na myśl wcześniejsze dokonania Ørganka. Co oznacza sam tytuł? W tłumaczeniu z języka niemieckiego, to po prostu sobowtór, ale już w kulturze Doppelgänger to zły bliźniak, czarny charakter – ten motyw w świetny sposób wykorzystuje teledysk. Tekstowo od razu narzuca na myśl to, co wielokrotnie mówi się o osobach publicznych, gwiazdach, politykach – że zawsze mają dwie twarze, a tej którą widzimy nie należy ufać.
Na chwilę przed premierą płyty poznaliśmy numer Cały ten fejm. Jest to pozycja, która najmniej z całej płyty przypadła mi do gustu. Zdecydowanie zgadzam się z faktem, że sława, bycie na świeczniku są dla wielu artystów źródłem problemów, kłopotów, stanu samotności. Jednak przeciętnemu odbiorcy, który nie przeżywa takich emocji, nie ma takich doświadczeń trudno będzie się z tekstem utożsamić, nawet, jeśli jego autorowi zupełnie nie o to chodziło. Nie okłamujmy się jednak – najlepsze są te piosenki, w których słuchacz, choć w niewielkim stopniu, odnajdzie siebie, swoją sytuację. Ale muzycznie jest świetnie – refren wpada w ucho, a melodia jest chyba najłagodniejszą z całego krążka. W podobnym klimacie utrzymana jest kompozycja Malibu – trochę bardziej taneczna, ale nadal łagodna. To ciekawe, że te spokojniejsze numery wypadają najsłabiej z całej płyty.
Prawdziwą moc – i muzycznie i tekstowo – słychać w numerze tytułowym, otwierającym cały projekt. Tekst wprost odnoszący się do ubiegłorocznych protestów, które były efektem zaostrzenia ustawy aborcyjnej, jest wściekły, nie tyle wyśpiewany, co “wypluty”, a z ostrą gitarą genialne odnosi się do punkowych tradycji. I tu znowu pojawia się taniec, jako symbol całego Na razie stoję, na razie patrzę i remedium na całe zło.
Klasycznie rockowo, ale z alternatywnym zacięciem, brzmi za to We got no love. Bardzo mocno kojarzy mi się z tym, co zrobiła na swoim ostatnim albumie Halsey, zwłaszcza w numerze Easier than lying (mam nadzieję, że to komplement – w końcu If I Can’t Have Love, I Want Power wyprodukowali Trent Reznor i Atticus Ross).
Samoloty to piosenka, która totalnie odbiega od klasycznego brzmienia zespołu – to bardzo współczesna, popowa, tekstowo trochę melancholijna pozycja – dla mnie to materiał na kolejny singiel – idealnie sprawdzi się w radio.
Podstawową wersję albumu zamyka instrumentalny utwór Invito – zaproszenie, ale do czego? Do Organkowego świata, na koncerty, do kolejnych muzycznych projektów? Wszystko biorę w ciemno.
Na Na razie stoję, na razie patrzę znalazły się też dwa bonus tracki, reworki znanych i ikonicznych dla zespołu numerów – tu zapisanych jako Kate Mo2s i Wio2na. Pierwszy z nich jest niemal dwa razy dłuższy, a jego nowe ujęcie idealnie pasuje do tych elektroniczno-synth popowo-rockowych brzmień. Ja jednak bardzo lubię zadziora oryginału. Spokojniejsza wersja Wiosny totalnie do mnie nie przemawia, jedynie głos Tomka brzmi tak samo – jestem wielką fanką numeru, który słychać na Czarnej Madonnie i choćbym nie wiem jak chciała, inne podejście do niego mnie nie przekona. To nie znaczy, że jest złe, po prostu nie dla każdego.
Nie da się nie zauważyć, że zespół stworzył album wyjątkowy, który wykorzystuje sztukę, jaką jest muzyka tak, jak powinien, czyli jako narzędzie, które ma zwracać uwagę słuchacza na pewne, bardzo konkretne kwestie, problemy. Nie odnajduje się w tym przekonaniu, że muzyka ma służyć zabawie i nie poruszać ważnych tematów. Gdy sytuacja w naszym kraju wygląda tak, jak wygląda, ja wręcz wymagam od artystów, by Ci chcieli ją komentować, wyjaśniać i przedstawiać.
Na razie stoję, na razie patrzę, to krążek, który można nazwać zaangażowanym, gdzie twórcy nie boją się, w bardzo mocnych słowach i za pomocą ostrych dźwięków, mówić wprost o problemie współczesnej władzy, społecznych podziałach, ulicznej rewolucji, zakłamaniu, niezwykle ważnej kwestii problemów psychicznych. Jestem typem słuchaczki, która lubi wyraziste teksty, zwraca uwagę na słowo w równie, jak nie większym, stopniu, co na muzykę. Na Na razie stoję, na razie patrzę ma wszystkie te elementy. To bardzo ważna płyta, obok której nie powinno się przejść obojętnie.

