Site icon All About Music

Opeth – Sorceress (2016), recenzja Macieja Wojszkuna

Opeth. Nie ma chyba zespołu, który ostatnimi laty w szeroko pojętym metalowym środowisku wywoływałby większą konsternację. Przez lata sztokholmski kwintet pod wodzą Mikaela Åkerfeldta był jednym z najznakomitszych, najbardziej oryginalnych przedstawicieli ekstremalnego metalu. 

Opeth w wirtuozerski i niepodrabiany sposób łączył przeciwstawne sobie pierwiastki światła i mroku; mrożące krew w żyłach deathmetalowe growle i subtelne, „czyste” wokale; bezlitosną kanonadę gitar i perkusji i delikatne, piękne akustyczne melodie; progresywny zmysł do przekraczania granic i eksperymentowania, z ekstremalną, pierwotną energią…. To ta gra kontrastów, udowadnianie, że – wydawać by się mogło – „łopatologicznym” death metalem można bawić się na miliony różnych sposobów – sprawiła, że Opeth pokochano na całym świecie.

Jednak w ostatnich latach Åkerfeldt i spółka postanowili odejść od korzeni, porzucając deathmetalowy sznyt, legendarne już growle itd. – i pójść jeszcze głębiej w eksploracji rocka progresywnego lat 70. Już wcześniej zdarzyło się im nagrać „czysty”, rockowy album – cudowne Damnation z 2003 roku – jednak od albumu Heritage z 2011 roku Åkerfeldt zdecydował, że właśnie to będzie główny kierunek, w którym popłynie Opethowy drakkar… Co, lekko mówiąc, rozczarowało wielu fanów. Czy Opeth bez death metalu to wciąż Opeth? Czy skręcając w stronę prog rocka/metalu, panowie będą w stanie zrewolucjonizować gatunek, przebić takie klasyki jak Morningrise czy Still Life?

Co sądzę ja? Podobnie jak wielu, bardziej jednak wolę Opeth na pograniczu dwóch światów. Jak wspomniałem, uwielbiam Damnation, a pozostałe „progowe” krążki – Heritage i Pale Communion to dobre materiały (zwłaszcza ten drugi) – zawsze jednak czułem, że czegoś im brakuje… Do trzech razy sztuka. Teraz panowie uderzają ponownie, z nowym, progresywnym albumem Sorceress. Czy w tym przypadku muzyczne poszukiwania Åkerfeldta zaowocowały w końcu klasykiem?

Sorceress zaczyna się naprawdę nieźle. Persephone to łagodna, „hiszpańska”, wprowadzająca w mistyczny klimat ballada, po której wkracza utwór tytułowy, utrzymany we właściwie odmierzonych proporcjach koktajl eksperymentów i nawiązań do klasyki prog rocka – i nie tylko (wprawne ucho wychwyci na całym albumie wpływy brzmienia Floydów, Deep Purple, Led Zeppelin – a nawet Beatlesów!). Szalone solo Joakima Svalberga na elektronicznych organach, potężne wejście szorstkich, mocnych gitar, z wyraźną nutą grunge’u, mocarny refren… Dalej jest jeszcze lepiej – fantastyczne jest Will O the Wisp, silnie czerpiące z twórczości Jethro Tull, z przepięknymi harmoniami i końcówką przywodzącą na myśl najlepsze momenty Damnation, i mocny Chrysalis z pojedynkiem klawiszy Svalberga i gitary Fredrika Åkessona

Kłopoty zaczynają się jednak w dalszej części albumu. Sorceress 2 studzi entuzjazm – akustyczna balladka zaprawiona nutką psychodelii niestety nie pozostaje za długo w pamięci… Równie dobrze mogłoby jej nie być, tak samo zresztą jak wieńczącej album, króciutkiej repryzy Persephone. O ile w pierwszej części albumu elementy gitary akustycznej zgrabnie podkreślały kompozycje, to w drugiej części zbyt często zabierają głos, nużąc i usypiając… The Seventh Sojourn intrygująco bawi się orientalizmami gitary i perkusji – jednak niewiele ponad to. Jest jakby szkicem, zaczątkiem „prawdziwie” progresywnego jamu, który jednak nigdy nie powstał… A następne Strange Brew odwrotnie – pęka w szwach pod ciężarem eksperymentów, jakie weń władowano.

A Fleeting Glance i Era to najmniej Opethowe kawałki, jakie słyszałem (bardziej nawet niż Coil z Watershed). Szczególnie ten drugi to jakieś nieporozumienie – głos Mikaela nijak nie pasuje do szybkiego podkładu a’ la hard rock lat 80., refren również nie „kopie” należycie… Jako „finisher” albumu wypada po prostu słabo.

Krótko mówiąc, i wracając do postawionego wcześniej pytania – Sorceress to nie klasyk, nie przekona on też zatwardziałych Opethowych oldschoolowców, że postawienie na czysty prog rock było dobrym pomysłem. Jak na album o takim tytule, coś mało tu magii…. Ponownie, więcej tu hołdu dla klasyków progresywu (znamienne, że nawet tytuły utworów nawiązują do twórczości m.in. Hendrixa, Wishbone Ash czy Caravan), eksperymentalnych szkiców – a mniej prawdziwego Opethowego wizjonerstwa. Brak także odpowiedniego balansu między elementami cięższymi, metalowymi riffami – a lżejszymi, akustycznymi. Sorceress ogółem wciąż zdaje się Opethowymi wprawkami, zapisem prób i błędów na drodze do „kompletnego”, bezbłędnego progrockowego arcydzieła. Być może kiedyś tam dojdą, na razie jednak…

Trudno pisze mi się te słowa, gdy wiem, że rozprawiam o tak ważnym i nietuzinkowym zespole – ale Sorceress to średniak, do posłuchania i zapomnienia.

Exit mobile version