
Po dwóch energicznych dniach tego festiwalu, nadszedł trzeci, równie dobry. Tym razem wybraliśmy się na koncerty Foals, Meli Koteluk, Jacka White’a, Banks i Lykke Li.
Trzeci dzień festiwalu rozpoczął się dla mnie od występu zespołu Foals na Open’er Stage. Od razu nie miałem jakiś większych oczekiwań, ich dokonania jakoś mnie do tej pory nie porwały. Umieszczenie ich jednak o 20. na głównej scenie było dużym błędem tego festiwalu. Biorą pod uwagę Jacka White’a i Foals mamy wielką przepaść. Przepaść, którą nawet nie niwelowały największe przeboje zespołu. Oczywiście ludzie dobrze się bawili, nie można narzekać. Nawet najwięksi przeciwnicy Foals znają ich niektóre kawałki, wliczając w to Inhaler czy Mu Number.
Po Foals nadszedł czas na pierwsze wybory. Z jednej strony ciekawił mnie występ Wild Beasts, z drugiej jednak nie mogłem się oprzeć Meli Koteluk (jednej z moich ulubionych wokalistek). Ostatecznie zdecydowałem się na koncert tej drugiej, zachęcony zapowiedziami nowych piosenek z płyty (Fastrygi takie fajne są). Mam do niej słabość niewyobrażalną. Laureatka czterech Fryderyków uraczyła nas swoimi największymi przebojami. Któż z nas nie zna Melodii ulotnej czy Spadochronu. Ludzie wpadli w szał, śpiewali tak głośno, że nie powstydziłaby się tego największa gwiazda amerykańskiej piosenki. Openerowska publiczność ma to coś w sobie, co wyróżnia nas z tłumu innych festiwali. Nie w sposób zapomnieć tu także o Pieśni o szczęściu, którą w oryginale śpiewa z Czesławem Mozilem. Wersja solowa wypadła równie imponująco co duet. Nasze krzyki i owacje były tak głośne, że Mela zdecydowała się wyjść na scenę ponownie i zaśpiewać Melodię ulotną. Było trzeba tu być i poczuć tę energię, to jest nie do opisania w słowach.
Najbardziej wyczekiwanym koncertem tego wieczoru był jednak występ Jacka White’a. Dało się do odczuć zarówno z relacji innych, z tego co działo się pod sceną, w jej pobliżu czy budynku medialnym. Pomimo, że była to kolejna jego wizyta, ludzie wyczekiwali na niego jakby to był jego pierwszy koncert w Polsce. Pierwsze moje słowa po koncercie? Jack rozwaliłeś system! Takie zdanie miało zapewne wielu, nie mam najmniejszej wątpliwości pisząc te słowa. A co było tak wyjątkowego? Jack na scenie zaprezentował swoje największe przeboje z całego przedziału swojej kariery, dzięki temu ludzie znali wszystko. Warto tu wspomnieć o Steady as She Goes, Seven Nation Army czy We’re Going to Be Friends. Zaśpiewał także nowsze kawałki jak Lazaretto z ostatniej płyty. Mocnym elementem było też… chwilowe stracenie głosu czy słowa, że jego mama kazała mu przywieźć żonę z naszego kraju. Można? Można. Koncert Jacka można uznać za najlepszy biorąc pod uwagę cały line-up tegorocznego Open’era. I nie ważne czy była to jego czwarta wizyta na tym festiwalu, czy będzie jeszcze kolejnych sześć – on ma to coś w sobie, na co ludzie zawsze przyjdą.
Szybko z głównej sceny udałem się na koncert Banks, wokalistki, która bardzo mnie zaintrygowała w ostatnim czasie. Nie przeszkodził mi nawet w tym Ben Howard, obok występu i sceny przechodziłem. Łącznie byłem z nim oko w oko około dwóch minut. Wystarczyło mi…Jaka była Banks? Fe-No-Me-Nal-Na. Banks swój debiutancki krążek planuje wydać dopiero we wrześniu, do tej pory poznaliśmy już jednak sporo kawałków, które urzekają świetnym, charyzmatycznym głosem i brzmieniem. I choć jej występ trwał zaledwie około 40 minut, to był jej czas. Na scenie zaprezentowała takie utwory jak Brain, This Is What It Feels Like, Drowning czy Waiting Game. Oklaski, śpiewy i wiwaty przerosły chyba samą wokalistkę. Banks widocznie nie była przygotowana na tak wielki odzew, w pewnej chwili wręcz zaniemówiła, gdy nastąpiły gromkie brawa i krzyki. I dobrze. Był to obok Jacka White’a najlepszy koncert tego wieczoru. Banks postawiła na kompozycje zmysłowe, a jednak bardzo hipnotyzujące. Jej głos przy tym jest bardzo dźwięczny i brzmiał na scenie świetnie.
Trzeci dzień festiwalu zakończył się dla mnie wraz z występem uwielbianej przeze mnie Szwedki Lykke Li. Nie jestem przekonany czy godzina 1:00 była dobrą porą na taki występ, ale w całości mogę powiedzieć, że było warto zostać. Szerszej publiczności znana jest z jednego utworu I Follow Rivers, a raczej z jego remixu, który był maltretowany w każdym kraju europejskim. Wokalistka ma jednak za sobą kilka płyt, które spokojnie można uznać za bardzo dobre. Poszczególne piosenki zaś zasługują na więcej chwały niż jakieś 60. miejsce na narodowej liście. Mimo promocji nowego albumu (świetnego zresztą) I Never Learn, Lykke Li postawiła również na jej największe przeboje wliczając w to wcześniej wspomniane I Follow Rivers. Cały jej występ był tajemniczy, wszystkie światła i reflektory były dość oszczędne – dopasowane do klimatu piosenek wokalistki. Lykke Li ze złamanym sercem jest dobrą opcją tworzenia muzyki. To co tworzy, wypływa wprost z serca i słychać to od pierwszy dźwięków.
