
Za nami kolejna edycja gdyńskiego Open’er Festival. Dziś ruszamy z szeregiem czterech relacji z tego wydarzenia, które podzielone zostaną na poszczególne dni. Pierwszego dnia dane nam było obejrzeć koncerty Interpolu, The Black Keys, Earla Sweatshirta, Haim, Foster the People oraz Pablopavo i Ludziki.
Pierwszy dzień Open’era upłynął mi szybciej niż myślałem. Koncerty były płynne, a ja sam starałem się zobaczyć jak najwięcej. Niekoniecznie przy tym chodząc na artystów, którzy od lat wpisują się w mój gust muzyczny. Już na samym wstępie powitała nas (dziennikarzy) nieźle zgrana i bardzo miła obsługa organizatorska, która byłą odpowiedzialna za wydawanie akredytacji medialnych. W ogóle cała organizacja tego festiwalu stała na wysokim poziomie, a ludzie pracujący przy tym wydarzeniu okazali się bardzo uprzejmi i chętnie pomagali błądzącym. Sympatycznych i miłych ludzi spotkać mogłem też w budynku zarezerwowanym dla mediów, dziennikarzy i zwykłych fanów muzyki.
Moje zmagania koncertowe rozpocząłem od fragmentu koncertu Pablopavo i Ludziki, którzy rozpoczęli swój koncert o 18:30 na dość daleko oddalonej Here and Now Stage. Ludzi było sporo, nie tyle co na Foster the People oczywiście, ale dało się odczuć, że pojawili się ich najwięksi fani. Pablopavo utrzymywał kontakt z publicznością, a słuchający chętnie śpiewali jego utwory z nim. Niestety nie zostałem do końca, a to z powodu pierwszej gwiazdy, która pojawiła się na Open’er Stage. Interpol, bo o nim mowa, bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Układając swój własny harmonogram koncertowy, założyłem, że zostanę tu kilkanaście minut. Chciałem się po prostu zapoznać z zespołem, ich muzyką na żywo i po prostu ich poznać. W planach miałem przecież koncert zespołu Metronomy, który osobiście uwielbiam. To jednak, co pokazał Interpol na scenie, sprawiło, że szybko zmieniłem swoje plany i do samego końca świetnie bawiłem się przy muzyce tego zespołu. Tłumów przy scenie nie było, szczelnie wypełnione zostało tylko pierwsze kilkanaście rzędów. Dzięki temu mogłem z bliska oglądać ich bardzo dobry koncert. Panowie elegancko ubrani, zabrali nas w świat pełen gitar, rozpoczęli występ od bardzo energetycznej piosenki Say Hello to the Angels. Fani stojący pod sceną od samego początku chętnie klaskali i się dobrze bawili. Zespół przygotował setlistę złożoną głównie z utworów znanych, tych którzy fani dobrze znają. Usłyszeliśmy zatem Narc, Hands Away czy C’Mere. Nie zapomnieli również zaprezentować kilku kawałków z nowej płyty El Pintor, która ukaże się już we wrześniu (My Desire, Anywhere). Koncert trwał jednak zaledwie ponad godzinę, a niedosyt fanów było widać. Nie doczekaliśmy się bisu, a na osłodę dwójka z fanów otrzymała pałeczki perkusisty Sama Fogarina.
W tym samym czasie na scenie prezentowało się Metronomy. Jak jednak opisałem wyżej, zrezygnowałem z ich występu. Mam nadzieję, że już wkrótce ponownie przyjadą do naszego kraju. Po Interpolu czas przyszedł na The Black Keys. Ich pierwsza wizyta w naszym kraju (jak się okazuje nie będzie ona ostatnią) spotkała się z dużym zainteresowaniem. Szczególnie było to widać blisko pod sceną, tu się dopiero działo. Ludzie się przepychali, skakali, będąc po lewej stronie sceny w kilka minut mogliśmy zostać przepchnięci na prawą. Co chwilę ludzie toczyli się jak kostki domina, niektóre dziewczyny w środkowej części publiczności nie mogły wstać przez kolejne kilka minut. To wszystko sprawiło, że ludzie spragnieni byli ich muzyki w Polsce. Początek ich występu był lekko nudnawy, ale z każdą minuta było już co raz lepiej. Był to jeden z bardziej energetycznych koncertów tego okresu dnia. Jak się jednak dało odczuć, niektórzy byli nieco zawiedzeni. Padały nawet komentarze, że lepiej wypadła grupa Interpol. Ja jednak uważam, że był to dość udany koncert, a fani powinni być zadowoleni.
Kolejnym przystankiem dnia pierwszego miał być koncert zespołu Haim. Po drodze jednak przechodziłem koło Here and Now Stage, gdzie zatrzymałem się na parę chwil. Był to dobry wybór. Twórczość Earla Sweatshirta znałem tylko pobieżnie, z tego co usłyszałem gdzieś w Internecie. Na żywo wypada jednak rewelacyjnie. Na scenie zaprezentował cały wachlarz swoich utworów, które mimo świetnego flow rapera i niezłej frazy obite są na bicie elektronicznym. Earl był bardzo kontaktowy, co chwilę mówił do nas, nawoływał do śpiewania, uśmiechał się i z radością rapował kolejne kawałki. Również my, nie pozostaliśmy dłużni. Wszyscy bez wyjątku skakali i śpiewali z nim. Muszę przyznać, że bardzo mnie zaskoczył. Pewnie chętnie został bym do końca, ale nie mogłem sobie odpuścić koncertu dziewczyn z Haim (który nie był nawet streamingowany). Podróż była długa, Tent Stage jest najbardziej oddaloną sceną. Było jednak warto. O ile twórczość dziewczyn średnio do mnie trafia, czasami wydaje mi się trochę monotonna, to na żywo wypadają o wiele, wiele lepiej. Dziewczyny bardzo cieszyły się z tego koncertu, tak jak my. Od samego początku prezentowały nam mocne gitarowe granie urozmaicone równie mocną perkusją. To co usłyszeliśmy na płycie nie równa się temu, co uzyskaliśmy na żywo. Piosenki miały odmienne aranżacje, czasami wręcz było je trudno rozpoznać. Nigdy bym nie przypuszczał, że dziewczyny mają w naszym kraju tylu fanów. Ba! Na koncercie pojawiło się bardzo dużo obcokrajowców, nawet koło mnie stali Anglicy i Holendrzy. Haim oczekiwały od nas dużej energii i tak też się stało. Ludzie śpiewali nie tylko refreny, ale także i zwrotki poszczególnych piosenek. A było co śpiewać – na scenie zaprezentowały Oh Well, Falling, Don’t Save Me czy słynne już If I Could Change Your Mind. Dobre słowo należy powiedzieć o wokalu, który był czysty, a jego barwa przypominała mi w niektórych momentach naszą Olivię Livki. Niestety i tu ponownie musiałem wyjść przed czasem, a to za sprawą…
Foster the People. To był przeze mnie najbardziej wyczekiwany zespół tego wieczoru. Ich ostatnia płyta może i mnie nie powaliła na łopatki, ale na żywo wypadają bardzo dobrze. Mark Foster czarował nas swoim głosem i uśmiechem. Od samego początku nie ukrywał, że cieszy się z powrotu do naszego kraju, co chwilę komplementował zebraną publiczność. Na scenie zaprezentowali zarówno materiał z nowej płyty jak i debiutanckiego krążka. Ludzie najbardziej bawili się oczywiście przy Best Friend czy znakomitym Pumped Up Kicks. Śpiewy było słychać, niejednokrotnie Mark pozwolił nam śpiewać bez jego udziału. I co najważniejsze, odważył się wyjść poza scenę, i podszedł do fanów podczas jednej piosenki. Niby nic takiego, a dzięki temu występ zyskał jeszcze bardziej na mojej końcowej ocenie. Patrząc z perspektywy czasu mało było występów, w którym gwiazdy podchodziły do swoich fanów i z nimi przeżywały koncert.

